Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2011

O ekstremalności zwyczajności

Powiedzenie, że nie doceniamy tego, co mamy dotyczny mnie w stu procentach. Ale uczę się, po mału, drobnymi krokczami zdaję sobie sprawę, jak wiele mam i jakim jestem szczęściarzem. Będąc wobec siebie bardzo wymagająca, nie dostrzegam tego, że coś, co dla mnie może być rzeczą najzwyczajniejszą, prozaiczną, oczywistą, przez innych może być postrzegane pozytywnie, by nie powiedzieć, że z lekką nutą podziwu tudzież w skrajnych przypadkach zazdrości. Zatem uczę się spieszyć się powoli, delektować się chwilą i nie chcieć ciągle więcej, szybciej. W angielskim jest takie genialne słowo, jak restless. Idealnie oddaje ono mój stan, dlatego tym ciężej jest się zatrzymać i wsłuchać w dźwięki otaczającego świata. Nie lubię biegać, a jednak wydaję się, że ciągle gdzieś biegnę, ciągle gdzieś spieszę, bo mam wrażenie, że tyle rzeczy muszę jeszcze zrobić, w tylu miejscach jeszcze mnie nie było, tylu książek nie przeczytałam, filmów nie obejrzałam. Miotam się między różnymi wyborami i walczę sama ze sobą, bo chcę zrobić wszystko, wszystko albo nic, więc wybieram wszystko. Nie istnieją półśrodki. Błąd! Wielki to błąd uważać, że rzeczy są albo czarne, albo białe. Gubi się całe spektrum pomiędzy, który może być nawet ciekawsze niż ekstrema.

Dziś rano odbyłam rozmowę z J., który, mając lat troszkę więcej niż ja, ciągle mi mówi, że zobaczę, jak to jest być starszym i że powinnam korzystać z życia i zrobić coś szalonego, ekstremalnego. I rzuca pytanie, jaka jest najbardziej ekstremalna rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Patrzę na niego i w pierwszym odruchu próbuję wymyślić coś szalonego, gdy wtem łapię się na tym, że nie tędy droga. Dlatego patrzę jeszcze chwilę na niego i już chcę powiedzieć coś głupio-mądrego, gdy ona rzuca, że bycie z Włochem to już wyczyn ekstremalny. Śmiejemy się wszyscy, nawet mój Włoch, ale myślami jestem daleko od tego przytyku. ‘Zdefiniuj wyczyn ektremalny’ rzucam po chwili i widzę, jak na jego twarzy pojawia się zakłopotanie. Mówi o wzroście adrenaliny, o skakaniu ze spadachronem. Wtedy doznaję olśnienia, że dla niektórych lot samolotem to wyczyn na miarę swoich możliwości, by nie wspomnieć o takich, co mając w perspektywnie przemówienie przed większą liczbą ludzi, umierają ze strachu. Nie lubię publicznych występów, ale do samolotu wsiadam jak do tramwaju. Wyznaczam sobie cel i do niego dążę, choćby miało mnie to trochę kosztować. Skakanie ze spadachronem zupełnie mnie nie interesuje, by już nie wspomnieć o skoku na bungee. Za to czasem udaje mi się upiec dobry chleb, zrobić fajne zdjęcie, spełnić marzenie i marzyć dalej. A czasem… choć rzadko… udaje mi się usiąść na brzegu morza i patrzyć w dal nie myśląc o niczym, nie martwiąc się o nic, po prostu być. Na ile są to rzeczy ekstremalne? To nieistotne. Ważne, że dają mi satysfakcję, że dają kopa do dalszego działania, że czasem ktoś powiem mi, że ‘mam fajnie’, a ja krygując się odpowiem niby od niechcenia, że ‘e tam… normalnie’. Ale po chwili namysłu, gdzieś tam w środku przyznam tej osobie rację. Mam fajnie i tego się trzymam. A sporty ekstremalne zostawiam tym, co mają takie potrzeby.


Dziękuję Basiu za miłe słowa komentarza, które zainspirowały (zmobilizowały) mnie do tego wpisu.

wtorek, 22 marca 2011

A wiosna przyszła pieszo...

Zapomniałam. Tak jakoś wyszło, ale nie mogę powiedzieć, żeby to mnie szczególnie martwiło. Tzn. matrwią mnie pogłębiające się objawy sklerozy, oj tak, ale poza tym... pierwszy dzień wiosny to dopiero początek, więc jeszcze ja zdążę zauważyć.

Dziś od rana słońce rozpychało się po niebie, więc nie mogłam nie skorzystać z tego faktu i wymknąć się na krótki spacer. Pojawił się jednak zasadniczy problem - jak się ubrać. Ostatnio, gdy wydawało mi się, że już jest wiosna - gdybym sprawdzila w kalendarzu, to bym wiedziała, że jeszcze nie przybyła - i z rozbrajającym (rozbierającym - sic!) entuzjazem porzuciałam szalik w domu, odchorowywałam to kilka dni. Zatem nauczona doświadczeniem, postanowiłam przeanalizować moją sytuację, zanim udam się na bliskie spotkanie z wiosną. Do dyspozycji miałam zimową kurtkę, szal, czapkę, dwie pary rękawiczek, kozaki i drugie buty zimowe. Ciężki wybór, muszę przyznać. Zaczęłam się zastanawiać, w którym miejscu na Ziemi, no dobrze to brzmi bardzo pompatycznie, może lepiej w Europie (sic!) zostawiłam moją wiosenną kurtkę. W sumie zwykłe buty też nie były by od rzeczy, a ciepły szalik można by zamienić na lekką chustę. Taaa... czułam się, jak prawdziwa kobieta z życiowy dylematem - w co się ubrać? Ostatecznie nie pozostało mi nic innego, jak wdziać się w zimową kurtkę i zimowe buty. W ostatniej chwili przypomnialo mi sie o prezencie, jaki dostałam od znajomych Belgów, którzy to nas odwiedzili kilka tygodni temu, wobec czego szal zimowy zamieniłam na wiosenny (szczegół że kolorystycznie z innej planety :p). I w takiej zbroi udałam sie 'na miasto'.

Miasto tonęło w słońcu i ... wodzie. Wielkie śniegi topnieją w zawrotnym tempie, po ulicach dosłownie spływają strumienie wody, ale kto by tam patrzył pod nogi (pewnie jakieś gumowce by się przydały, a nie trampki), kiedy wiosna naprawde zawitała w te północne progi, słońce otula ciepłymi promieniami, ludzie zrzucaja zimowe skorupy, zakładają okulary przeciwsłoneczne i okupują stoliki wystawione na zewnątrz kawiarenek i restauracji, łapiąc każdy promyk wiosennego słońca. Zachciało mi się pikniku, czytania książki na ławeczce w parku, wycieczek na łono natury. Aż się rozmarzyłam :p

Wracam ze spaceru pełna zapału do pracy. Ale pierwsza rzecz, jaką robię, to sprawdzenie prognozy pogody. Jutro też ma świecić słońce i pojutrze również. Bodutku, jeszcze się przyzwyczaję... pogoda zdecydowanie mnie rozpieszcza.





Ps Post napisałam wczoraj, ale z przyczyn nieobiektywnych umieszczam go dopiero dzisiaj. Update na temat pogody - słońce świeci z wszystkich sił, aż chce się znowu uciekać na świeże powietrze...

niedziela, 20 marca 2011

Kolejna niedziela...

Niedziela, oaza spokoju i wolno biegnącego czasu... w teorii, w praktyce bywa różnie. W praktyce są informacje przekazywane na czerwonym pasku z opisem 'PILNE', 'Z OSTATNIEJ CHWILI' i już wiadomo, że niedzielny spokój został zachwiany. Nie śledzę na bieżąco informacji, jednak zapewniam sobie stosowną, nie przekraczającą norm dawkę dzienną, która umożliwia zachowanie trzeźwości umysłu, ale jednocześnie stawia do pionu. Świat za oknem kusi delikatnie muskającymi dachy promieniami już prawie wiosennego słońca, ciszą poranka, przerywaną tylko rytmicznym stukotek przejeżdżającego od czasu do czasu tramwaju. Świat za oknem szepcze, że jest wspaniale. Patrzę przez okno i chcę mocno w to wierzyć. Świat za moim oknem jest w rzeczy samej sielanką. Ale to tylko za moim oknem. Za czymś innym oknem, jeśli takowe w ogóle posiada, świat jawi się jako chaos o nieokreślonych rozmiarach i nieprzewidywalnej przyszłości. Świat za czyimś innym oknem dyktowany jest przez panów zza biurek, którzy umieją ładnie mówić o trudnych tematach i którzy lubią rysować czołgi ołówkami na pięknie czerpanym białym papierze. Ich słowa niczym karabin maszynowy wypluwają wszelkie niebezpieczeństwa, draństwa i akty przemócy przeciwko świętym prawom hołdowanym przez cywilizowaną cywilizację (sic!). A mnie na myśl przychodzi, patrząc wciąż na sielankę za moim oknem, Orwell i Rok 1984, Nowy, wspaniały świat Huxleya, czy ostatnio czytana Atwood Oryks i Derkacz. Pozwalam sobie na chwilę folgowania moich zachciankom i łudzę się, że to, co się dzieje, to, co się jeszcze ma wydarzyć, stanie się kanwą superprodukcji hollywoodzkiej, która -paradoksalnie - mam nadzieję wejdzie na ekrany kin za parę lat.

Gubię się już naprawdę w tym wszystkim. Patrzę przez okno i oślepia mnie blask słońca. Przez chwilę widzę tylko 'mleko' i gdzieniegdzie jakieś kontury. Obym tylko nie zrobiła nic głupiego w tym czasie... potem wszystko wróci do normy...chyba....

piątek, 11 marca 2011

Nie czytam gazet, bo tutejsze nie reprezentują zbyt wysokiego poziomu. Telewizji też raczej nie oglądam, bo patrz jak wyżej, albo jeszcze gorzej. Wczoraj przez przypadek włączyłam TV... potem w ruch poszedł internet. Migawka, ulotna chwila zanim trzeba będzie wrócić do pracy. Mój mózg przerabia informacje, ale do końca nie dociera, co się wydarzyło, bo za oknem słońce świeci, ludzie dziarsko maszerują z jednego kierunku do drugiego, mewy krążą po niebie. Normalność. Codzienność. Trudo uwierzyć, że na durgim końcu świata ludzie walczą z potężną naturą i niestety po raz kolejny upada mit o jej ujarzmieniu, o pokonaniu tej, której pokonać się nie da.

Wraca P. i mówi, że Kaya odpisała, że jest cała. Kaya jest znajomą z Japonii, mieszka w Kyoto... na szczęście. Dziwne to uczucie czytać maila od kogoś, kto poszedł rano do pracy, jak w każdy zwykły dzień, a do domu wrócił pełen horroru i niedowierzania, że świat za oknem nie jest konstansem. Oglądamy zdjęcia na BBC i CNN. Słuchamy przejętego głosu dziennikarza, który opowiada o tym, jak w roku 2004 też był w tym rejonie świata.

Wieczorem przed snem patrzę na bezchmurne niebo i wsłuchuję się w niczym niezmąconą ciszę.

Dzisiaj jest piękny, słoneczny dzień. Błękit nieba dominuje nad miastem. Rozważam, czy po śniadaniu pójść po prasę (tę o nie za wysokich lotach :s), bo z jednej strony chciałabym wiedzieć, z drugiej boję się tego, co mogę zobaczyć. Jak wygodnie jest w naszym pieknym, wspaniałym świecie. Inni muszą stawić dzielnie czoła nowemu ...

środa, 9 marca 2011

Wizyta znajomych przypomina mi, że świat wciąż toczy swój garb, że słońce wciąż wstaje na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Nie odkrywam Ameryki, bo dawno temu zrobili to Wikingowie, więc pozostoje mi tylko czytanie o ich wielkich wyczynach w czasie tych krótkich porannych chwil, gdy komputer dopiero rozgrzewa swoje procesory przed kolejnym dniem pracy. Rutyna ograbiła mnie z myśli co bardziej twórczych, bo nie mogę twierdzić, że pozbawiła mnie myśli w ogóle. Przeciwnie. Jednak znalezienie czasu na zapisanie ich, zedytowanie, umieszczenie tutaj wydaje się być wyczynem na skale odkryć Wikingów.

Kiedyś powiedziałabym, że klisze ze zdjęciami kurzą się w szufladzie, dziś powiem, że zalegają w komputerze, obniżając jego moce przerobowe. Gdy ostatnio pojawiła mi się informacja, że mam mało miejsca na dysku, zaczęłam dociekać co to znaczy mało i okazało się, że BARDZO mało - 30 GB samych zdjęć i klipów. Obiecałam sobie, że się za to wezmę, że je przejrze, posegreguję i umieszczę coś na blogu. I tak robię kolejną kawę, a blog świeci pustkami. I rośnie góra zdjęć do przejrzenia, książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, miejsc do odwiedzenia i pracy przybywa... tylko doba wciąż ma 24 godziny... dobrze, że dzień staje się coraz dłuższy.

piątek, 5 listopada 2010

Mgła....

Wczoraj nie było już słońca.
Wczoraj była już tylko mgła.
Przydałby się szalik, a może i rękawiczki.
Spokój był jednak taki sam.
Biegacze.
Właściciele psów z psami :p
I ja.
Szpieg z maszyną do chytwania chwil i zamykania w objęciach karty pamięci. Czyżby własna już nie wystarczała?
Naciskam spust.
Raz, drugi.
Kucam na chwilę.
Oczy doceniają przestrzeń.
Mózg - świeże powietrze.
W drodze powrotnej kupuję chleb z pieca na drewno, gazetę dla P.
Wracam... pogwizdując...
w środku.





Dziś też nie było słońca.
Może jutro?

środa, 3 listopada 2010

W kałuży odbijały się promienie porannego słońca...

Obudziłam się zdecydowanie za wcześnie. 6.30. Barbarzyństwo. Poleżałam chwilę, przewróciłam się na drugi bok. Zamknęłam oczy. Jeszcze chwila w łóżku, może zasnę. Nie zasnęłam. O 6.50 wstałam z łóżka, z wielką niepewnością odsłoniłam trochę żaluzję i ... nie padało. Decyzja była natychmiastowa. Ubrać się, wyjść, zobaczyć świat w słońcu.

Chciałam zrobić zdjęcia w weekend. Jakiś grób, znicz, kwiaty, zmieniające się kolory jesieni, podmuch wiatru. Lało. Od soboty wieczora lało jak z cebra i nie zapowiadało się, żeby polepszenie pogody nadeszło szybko. Tutaj jak zaczyna padać, to pada bez przerwy przez kilka dni. A potem jak ręką odjął - bezchmurne niebo, promienie słońca.

O poranku w parku są biegacze i właściciele psów (z psami oczywiście :p). Nie wzięłam aparatu. Zdarza mi się to bardzo rzadko. Chciałam nacieszyć się świeżością powietrza, jesiennym słońcem, ciepłymi kolorami drzew. Chciałam nie robić nic. Odetchnąć chwilą zanim wrócę do rzeczywistości, do prozy życia z obowiązkami.

Może wstawianie wcześnie nie jest aż takie złe. Może należałoby to powtórzyć :p

Życzę miłego, słonecznego dnia_

piątek, 15 października 2010

słów kilka...


To miłe dowiedzieć się, że ktoś tu zagląda, że czyta i czerpie jakąkolwiek przyjemność z mojej grafomanii. Z drugiej strony tym bardziej czuję wyrzuty sumienia, że tak beszczebelnie opuściłam swego bloga, a w raz z nim jego czytelników. Ale nie chcę nikogo łudzić i zwodzić obietnicami poprawy. Ostatnio czas nie działa na moją korzyść, nie współpracuje, wręcz przeciwnie, wyciska ostatnie ślady kreatywności tudzież chęci do działania. Ale mam wolę, jak to się oświadczało na maturze (sic!), tylko pewnie z regularnością będzie krucho. Ciągle jeszcze czai się w zakamarkach mój wielki post o NiePamiętamJużoCzym. Pamiętam, że miał być, co już poczytuję za sukces, zwarzywszy że ostatnio muszę ciągle nosić przy sobie kartkę i długopis, bo inaczej bym pewnie zapomniała, że mam oddychać.
Ale co ja tu będę smęcić o prozie życia, którą każdy doskonale zna z własnego podwórka. Za to opowiem o nie prozie nieżycia w wydaniu magazynów dla kobiet (poniekąd). Otóż zaczęło się od tego, że postanowiłam w końcu zabrać się za włoski. Bo głupio, bo wkurza, no i ostatecznie dobrze jest wiedzieć co się dzieje wokół, a nie tylko potakiwać głową w takt nikomu niesłyszalnych rytmów z pogranicza hipnozy i ezoteryzmu. Takie postanowienie ‘postanawiam’ sobie dość regularnie. Ot, tak ze trzy-cztery razy w miesiącu, a czasem i częściej. Z reguły kończy się na pierwszym akapicie artykułu tudzież rozdziale książki. Dlatego wzięłam sobie siebie na poważną rozmowę i rozmawiam tak: dlaczego się nie uczysz? Bo tyle rzeczy na głowie, bo to ciągłe szukanie w słowniku, bo nie rozumiem, blablaabla. A dlaczego musisz brać książki o judaizmie, artykuły o polityce lub gospodarce jako bazę do nauki? Hmm, tu zostaję ścięta z nóg i leżę sobie przez chwilę na podłodze rozważając potencjalne powstanie (w międzyczasie dostrzegam dwa pyłki kurzu i zaczynam organizować grupę sprzątającą), bo… wyduszam z siebie niczym wywołana do tablicy… bo… jąkam się, jak to bywało pod tablicą, gdy w głowie zero wiadomości na pytany temat, a mózg, jak na złość, na urlopie na żądanie… bo… lubię?Q? Masochizm, zapewne. Nastaje cisza, patrzymy na siebie, tak szczerze od serca. Głupiaś – krzyczy. Potakuję głową – głupiam – potwierdzam. Koniec aktu, można się rozejść! Wniosek jeden mnie nachodzi, że zbyt ambitnym też nie można być, bo się robi sobie samemu pod górkę. Zatem w przypływie olśnienia wpadłam na pomysł, że będę się uczyć włoskiego z gazet mniej ambitnych (boli, aj jak boli). Podało na magazyny kobiece (tak a propos to magazyny kulinarne nie miały dobrego wpływu poza tym, że słownictwo z tego działu opanowałam pewnie lepiej niż przeciętny Włoch :p). Wybrałam się więc pewnego pięknego dnia (a dokładnie wczoraj) do tzw. kiosku. Niebezpieczeństwo tego miejsca wynikało z faktu, że jest tam wiele gazet obcojęzycznych, więc mogła stracić silną wolę i uno kupić magazyn kulinarny (język bez znaczenia, z reguły i tak oglądam zdjęcia :p), due kupić jakiegoś Economista, tre w odruchu desperacji porwać się na Internazionale (czyli polityka plus ekonomia ze szczyptą społeczeństwa i kultury). Stoję w środku, patrzę na okładki i nic. Chodzę, marudzę sobie pod nosem i nic. Pan sprzedawca wodzi za mną zdziwionym wzrokiem, ale ostatecznie rezygnuje z aktu pomocy, pogrążając się w lekturze. Snuję się między kolejnymi działami, nic nie widzę. Przyszedł mi do głowy tytuł, szukam, nie widzę. Szukam dalej – nic. Snuję się jeszcze kolejne pięć minut i nic z tego nie wynika. Patrzę na te wszystkie magazyny obcojęzyczne (niewłoskie) i ręką sama sięga. Ale jestem dzielna. Patrzę w pewnym momencie na pana sprzedawcę i zdesperowanym głosem pytam się o tytuł. Nie ma. A to, ale po włosku? Nie ma, już się skończyło. A to? Też. A coś w tym stylu? Hmm, patrzy na mnie, kobiece magazyny są tutaj. Jest Elle na przykład lub Annamaria czy jakiś inny cud, którego imienia nawet nie potrafię powtórzyć. Klękam (sic!) przed półką. Biorę do ręki jeden egzemplarz i płakać mi się chce. Kolejny – to samo. Patrzę i nie wierzę własnym oczom. Sięgam po Elle. I … odpada mi prawie ręka. Bodutku, cóż to oni do tego dołożyli, książkę telefoniczną czy jak?Q? Ponieważ magazyn był zafoliowany nie miałam okazji mu się przyjrzeć. Naiwnie spojrzałam na grubość i stwierdziłam, że w takim ogromnie stron na pewno znajdę coś do czytania. Zatem zadźwigałam tę kobyłę do kasy, zapłaciłam całe 3 euro (inwestycja w naukę :p)! i udałam się do domu. Nadszedł wieczór. P miał jeszcze jakąś dodatkową fuchę, więc miał wrócić późno, dlatego też korzystając z okazji, usadowiłam się wygodnie na kanapie z kubkiem ciepłej herbaty (jeszcze nie grzeją, a wieczory już zimne się robią) i zabrałam za ‘lekturę’. Przerzucam ot tak kilka stron, przerzucam kolejne i jeszcze kolejne i już wiem, że to nie książkę telefoniczną dodali, tylko katalog reklam firm odzieżowych. Rozpoczynam poszukiwania czegoś co ma znamiona tekstu. Przewracam stronę po stronie, powoli, by nie przeoczyć potencjalnych bloków tekstowych, które liczę, że czają się w rogach, czy innych kątach stron. Po chwili zaczynam wątpić w możliwości percepcyjne moich oczu. Rozróżnianie kolejnych kurtek, butów, swetrów, czapek i torebek wydaje się sportem ekstremalnym. Tekstu jak nie było tak nie ma. Postanawiam działać metodycznie. Zabieram się od początku. Pierwsza strona – reklama, druga strona – reklama, trzecia strona – reklama, strona 120 – edytorial :o aż się zdziwiłam. Z ciekawości, a może bardziej z obawy, by nie powiedzieć rozpaczy, spojrzałam ile stron ma ten magazyn. Myślę, że zdecydowanie za dużo. Ostatecznie dotarłam do strony 344 i dowiedziałam się o jednej potencjalnie ciekawej książce o pani Wietnamce mieszkającej w Kanadzie, kątem oka zarejestrowałam jakieś wzmianki o wydarzeniach co bardziej kulturalnych, nowych filmach tudzież nowościach książkowych, gdzieś przewinęła się Julia Roberts, aczkolwiek nie wzbudza ona jakichś wielki we mnie emocji, Leonardo di Caprio (idem) i to by było na tyle. Aż boję się pomyśleć czego NIE ma na kolejnych 400 stronach. Odłożyłam więc tę cegłę na bok i pogrążyłam w rozmyślaniach. Nie! Skłamałabym, gdybym powiedziała, że ten magazyn wywołał u mnie jakąś refleksje. Siedziałam na kanapie i sama nie wiedziałam, co myśleć. Jako że nie pozwalam sobie na takie folgowanie jak niemyślenie, więc ostatecznie przemyśliwałam sobie ideę kobiecych magazynów w kontekście globalnym, innymi słowy czy magazyny odpowiadają na zapotrzebowania kobiet, czy kobiety ‘potrzebują’ tego, co im wmawia magazyn. I oczywiście, gdzie w tym wszystkim jestem JA. Poszło szybko. By zacząć od końca – doszłam do wniosku, że mnie nie ma, potem że magazyny kreują potrzeby, a nie odwrotnie, a na sam koniec stwierdziłam, że Ameryki to ja nie odkryłam na pewno i że nie chodziło o rozrachunek z życiem człowieka na łożu śmierci (tu już chyba przegięłam), ale by poczytać jakieś pierduty (przepraszam za wyrażenie) po włosku. Zadzwonił telefon. P. wraca i jest straaaaasznie głodny. Na twarz mą powraca uśmiech. Biorę się za kuchcenie – szczegół, że jest 22.oo – a w przerwach zaczytuję się w porywającym artykule o wpływie ekstremalnych warunków na człowieka jako jednostki i jako części społeczeństwa (zaczęło się od słynnego eksperymentu, gdzie na 500 dni zamknięto grupę osób w czymś przypominającym warunki statku kosmicznego) – po polsku. Pokrzepiające!

Sprostowanie. W dniu następnym postanowiłam podjąć kolejną próbę zmierzenia się ze wspomnianym magazynem i by być szczerą chyba nie jest AŻ tak źle. Znajdzie się nawet coś do poczytania, tylko dlaczego na zasadzie: przerywamy reklamy, by rzucić ze dwa akapity tekstu?Q? Ahjo, najwyraźniej nie rozumiem kultury obrazkowej. Właściwie to na każdym kroku przekonuję się, że chyba tylko przez przypadek nie ‘wyginęłam’ razem z dinozaurami. A mówią, że starsi ludzie nie rozumieją młodego pokolenia… a co ja mam wtedy powiedzieć?
Tyle. Życzę miłego, niezobowiązującego weekendu!

poniedziałek, 19 października 2009

Niedzielne pobojowisko

O dziwo nie było ciężko wstać po tym, jak o drugiej w nocy wróciliśmy z imprezy urodzinowej. Ku mojemu zdumieniu rozpierała mnie energia i chęć do działania. Nastawiłam więc sobie codzienną herbatkę zieloną, usiadłam przy stole i … wsłuchiwałam się w przyjemnie kojącą ciszę niedzielnego poranka. Wzięłam książkę do ręki – tak a propos to o tej książce jeszcze będzie ;). Nazywa się ‘Black gold. A dark history of coffee’ Anthony’ego Wilda i zdecydowanie postanowiłam się podzielić moim refleksjami na jej temat, tylko ostatnio nie mam za bardzo czasu na czytanie, więc należy uzbroić się w cierpliwość :D – ale czytanie mi nie szło. Miałam potrzebę działania, zrobienia czegoś, by nie użyć wielkiego słowa pt. stowrzenie.

Powstało tiramisù* w wersji Montignakowej.



Na samym wstępie zaznaczę, że wielkim fanem tego deseru nie jestem. Kawę, a owszem lubię, to raczej wiedza powszechna. Jednak pozostałe składniki w swojej kombinacji nie wywołują stanu euforii jak u niektórych innych osobników. Niemniej jednak można od czasu do czasu dogodzić większości i zrobić coś bardziej pod ich gusta niż mój. A że lubię wyzwania, to już chyba też tajemnicą nie jest, więc postanowiłam przygotować owy deser … Włochom :D Dodajmy do tego perwersję ciągłego eksperymentowania i mamy pełny obraz mojej naiwnej działalności.
W ruch poszedł mój dobry przyjaciel mikser. Już na początku się okazało, że zapomniałam się zaopatrzyć w jajka, więc oczywiście ich ilośc nie do końca się zgadzała z wytycznymi. Zdarza się, mówię sobie i dalej miksuję, zasłuchana w kakafonię odgłosów miksera. Na palniku ‘prokurowała się’ kawa, na blacie obok drżały przerażone swoją perspektywą biszkopty i tylko ricotta wymownie milczała, ale może wynikało to z faktu, że była szczelnie zamknięta przez wieczko, hmm, dekiel, no zakrętkę, er pudełko** …;P Praca się posuwała. Miska wypełniła się, i całą kuchnię, zapachem świeżej kawy, masa jajkowo-fruktozowa połączyła się w jedność i z niecierpliwością oczekiwała sera. Biszkopty pogodziły się już ze swoimi przeznaczeniem, a może tylko dobrze udawały, bo ostatecznie wiedziały, że dla nielicznych ta walka nie będzie ostatnią. Byłam w niebie. Od czasu do czasu zaglądałam do przepisu, który był tak krótki, że aż wydawał się być za łatwy do zapamiętania, więc moja wrodzona niepewność nakazywała mi się wspierać na wiedzy starszych, bardziej doświadczonych. I nadszedł moment rzezi biszkoptowej. Tylko nie mówcie nikomu, w przypadku jakiegokolwiek śledztwa wyprę się wszystiekgo, zaprzeczę każdemu faktowi, który będzie na moją niekorzyść, ale sypać innymi nazwiskami też nie będę. Także poszły niewiniątka na pewną śmierć, straszną, przerażającą, przez utopienie. Świadomość sprawy, za którą zginieli powinna jednak dodawać otuchy. Albowiem był to eksperyment dla dobra ludzkości, akt twórczy mający dać radość i zadowolenie, poczucie spełnienia i satysfakcji. Wypełniły się więc miseczki utopionymi biszkoptami, żeby nie było im za dobrze, zalano je jeszcze masą serowo-jajeczną i na koniec dla osłody – (sic!) – gorzka czekolada. Spojrzałam na efekt swoich niecnych poczynań. ‘Miejmy nadzieję, że się nie potrują’ przeszło mi przez głowę i nie chodziło tu o biedne biszkotpy.










Chciałam się zatrzymać na chwilę. Dotknąć jej, pomilczeć razem lub wdać się w rozmowę o sensie egzystencjalnym, o mistycyzmie Majmonidesa według Spinozy i absolucie Hegla lub o konieczności zakładania kasków ochronny podczas przechodzenie pod rusztowaniami. Jednak nie było czasu, bo pole bitwy, jakie powstało po moich działaniach, wymagało natychmiastowych działań resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Sprzątanie ma w sobie coś z nemesis. Akt twórczy przywracający porządek i harmonię rzeczywistości nas otaczającej. Ogromna siła kształtowania tej rzeczywistości, formowania jej. Apoteoza ładu.

Oglądacie czasem kryminały amerykańskie? Przyznaję się bez bicia, że jest to mój kolejny nałóg, czy jakby to nazwać. Uwielbiam kryminały zarówno w wersji ekranowej jak i papierowej. Ale dlaczego o tym wspominam, otóż jest taki moment gdy dzielni, szalenie inteligentni detektywi zdają sobie sprawę, że mają doczynienia z mordercą seryjnym. Co zazwyczaj o tym świadczy? Modus operandi. Zgadza się, taki otóż model często też oznacza, że sprawca zabiera trofea, cokolwiek by to nie miało być. Czasem są to jakieś przynależności ofiary, nierzadko części samych ofiar :o lub ich zdjęcia. Teraz chyba już wiecie do czego zmierzam? Zdjęcia moich wynalazków to takie trofea. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam się zastanawiać czy może coś jest ze mną nie tak. Potem uświadomiłam sobie, że samo robienie zdjęć to nic. Publikowanie ich w necie to już szczyt śmiałości :p Ale że nie jestem w tym szaleństwie osamotniona, co więcej obszerność niektórych blogów skazywałaby ich autorów na lata świetlna za kratami, więc uspokojona kontynuowałam dokumentowanie efektów swojej aktyności :D

Tiramisù smakowało. Ofiarność biszkoptów nie poszła na marne.

Basta:D

*Przepis na tiramisu:
(przepis pochodzi z książki 'Menu per dimagrire' M. Montignaka)


Składniki na porcje dla dwóch osób:
60 g biszkoptów typu Pavesini (nie wiem czy takowe się dostanie w Polsce, generalnie są to lżejsze, mniej kaloryczne biszkopty, nie takie typowe)
250 g ricotty light - ja nie dostałam akurat, więc użyłam zwykłej
40 g fruktozy
2 żółtka
180 ml kawy - w oryginale jest napisane ristretto, także musi być dość mocna
10 g kakao gorzkiego

Preparacja:
Żółtka wraz z fruktozą ubić mikserem, czy czymkolwiek macie pod ręką, na homogeniczną - uwielbiam to słowo, pojawia się często we włoskich przepisach ;) - masę.
Następnie dodać ricottę, zmiksować i przepuścić przez sito interrogacyjne. Choć samo sitko też wystarczy.
Przygotować kawe. Utopić w niej biszkopty - wystarczy chwila w przypadku biszkoptów typu Pavesini - i ułożyć jedną wartwę w miseczkach. Na biszkoptach ulożyć warstwę serowo-jajeczną, tak ze dwie łyżeczki, żeby zakryć biszkopty. Ułozyć kolejną warstwę topielców i przykryć resztą masy ricottowej.
Wierzch posypać kakao.
Wstawić do lodówki i ćwiczyć silną wolę przez co najmniej godzinę. Potem można sobie pofolgować.

** Myślę, że nie trzeba wyjaśniać do jakiego kultowego filmu to się odnosi ;p

środa, 12 sierpnia 2009

_Cisza po burzy_

Lubię tę iluzoryczną ciszę po burzy. Te pierwsze chwile, gdy jeszcze ciągle dudni w uszach, gdy wiatr resztkami siła szamocze się w liściach, gdy powietrze jest niemal boleśnie świeże, gdy w głowie kołacze się myśl - nemesis. Wszystko zostało oczyszczone, zmyte, wszystko można zacząć od nowa. Świat stoi otworem. Wszystko może się zdarzyć. Delektuję się tą chwilą, bo jak każda szybko przemija, ale jak niewiele ma właściwości oczyszczająco-motywujące. Zmusza do zatrzymania się na tę frakcję sekundy, na przelotny zryw wiatru, zabłąkaną kroplę deszczu, ostatnią czarną chmurę i mobilizuje. Uwielbiam deszcz. Lubię zmoknąć, by potem móc usiąść przy oknie z kubkiem gorącej herbaty lub kawy i odczytywać wzorki powstające na szybie. Wsłuchuję się w stukot kropli uderzających o parapet, których maestria może się niemal równać z symfoniami Beethovena, pełna dynamiki, suspensu, ale i nadziei. Słowo 'pada' jest zupełnie nieadekwatne i mało zgrabne, by oddać to co oznacza. Niemniej jednak gdy pada, czuję się zupełnie we właściwym miejscu - w naturze. A chwila gdy burza ustaje, gdy słońce nieśmiało przebija się przez chmury, ta chwila wyzwala niemal odurzające emocje, wyzwala energię do działania.
Wczoraj była burza. Przyszła nagle, trochę z zaskoczenia, nie trwała za długo, ale wystarczająco. Choć nie miałam możliwości bliżej się z nią zapoznać, świadomość, że była jest budująca - ileż można znieść upałów?Q? Była także bardziej abstrakcyjna burza, huragan, by nie powiedzieć tsunami. W kuchni. Ze mną w roli głównej. Jakoś tak się zawsze dzieje, że jak gotuję, to niczym na polu bitewnym, brudne garnki 'sieją się' gęsto, piętrzą się w każdym możliwym zakątku, chwiejąc się zagrożone upadkiem. Przerażające pobojowisko, które straszy ciężkimi do zmycia warstwami resztek jedzenia (nie żeby przypalonego, broń Boże ;P). Na czas posiłku zamykam kuchnię, nie pozwalam nikomu wchodzić. Potem zakasuję rękawy i ... niemal w transie wiodę świat kuchenny do oczyszczenia (sic!). Gdy zgaszam ostatnią lampkę (nie lubię dużych świateł, wolę kilka małych, choć może to niekoniecznie bardzo ekologiczne), czuję się spełniona. Rzucam ostatnie spojrzenie na to miejsce, gdzie jeszcze kilka chwil wcześniej walały się dowody braku mojego logistycznego podejścia do gotowania. Już nie pada. Stoję w drzwiach przez chwilę i napawam się porządkiem. Mogę odejść.

***

Pada :D - pomyślała w duchu. Baczy obserwator dostrzegłby błysk w jej oku. W jej głowie rodził się zapewne jakiś niecny plan :P

***
Cdn_

poniedziałek, 27 lipca 2009

...hmmm...

Ostatnio nie było mnie tutaj troszku. W sumie to z jednej strony lenistwo (zarówno kulinarne jak i to czysto słownikowe), z drugiej strony dzieją się różne rzeczy, dzieją i jakoś tak chwili spokoju nie można znaleść, by myśli zebrać i coś bardziej kształtnego napisać. Nawet teraz jak tak sobie siedzę przy otwartym oknie, z nieba leje się żar, choć już trochę przytłumiony popołudniem, słychać równomierne stukanie kół tramwaju i karetki pogotowania pędzącej gdzieś zupełnie niedaleko, siedzę sobie i myślę, że dziś także nic mądrego lub chociaż wartego odnotowania nie sprokuruję. Piszę, bo mam wielkie poczucie obowiązku, który tak bezczebelnie zaniedbałam. Piszę, bo liczę, że może w trakcie, jak moje palce na nowo przyzwyczają się do faktury (sic!) klawiatury, moje uszy dostosują się do delikatengo postukiwania, a oczy w końcu 'zakomodują' na właściwą odległość, by móc rozróżniać wyświetlające się na ekranie hierogryfy, olśni mnie i popłyną myśli 'dżdżyste' i 'rzęsiste' :s Póki co nic mnie nie uderzyło, żaden błyskawica, ani żarówka się nie rozświetliła w moim otoczeniu. Także może umilknę i pozostwię przestrzeń na własne rozważania wirtualnych czytelników.
Pozdrawiam_

sobota, 27 czerwca 2009

Ciągle ta sama sobota...


To było tak tytułem wstępu. Właściwie to chciałam napisać, że jestem w trakcie pieczenia. Tak, dobrze czytacie, ten/a mój/a ostatni nałóg/mania postępuje w tempie geometrycznym (kurcze nie pamiętam jak to się mówi, jeszcze trochę a polski będzie dla mnie jak język obcy, który kiedyś umiałam, a który wymiera śmiercią mniej lub bardziej tragiczną). Właśnie czekam na to, by dwa ciasta na chleb sobie wyrosły, choć z jednego planuję zrobić bułki, by mój chłopiec był zadowolony :P.
Jeden przepis to nowość, z książki o chlebie, którą pożyczyłam od Fabio. Ciasto było dziwne, więc nie wiem co z tego wyjdzie. We'll see. Mam nadzieję, że coś zjadliwego ;)
Teraz szperam w blogach, szukając jakiegoś fajnego przepisu na ciasto. W poniedziałek mamy wieczór z Carcasonne, więc chciałabym coś na tę okazję sprokurować :D Przynajmniej mój chłopiec nie będzie jedynym królikiem doświadczalnym.
W tym miejscu mogłabym w sumie wyznać swoje winy... otóż jak już wspomniałam ostatnio dopadła mnie gorączka niesobotniej nocy, lecz pichcenia. Zaanektowałam kuchnię i teraz niemal non stop myślę, co by tutaj 'wyczarować' :o Muszę przyznać, i to bez bicia, że daje mi to nieziemską frajdę. Tylko możliwości są trochę ograniczone, ale do odważnych, kreatywnych świat należy, czyż nie?Q? Nigdy nie sądziłam, że tak mnie to wciągnie. A jednak... co więcej... odkrywanie świata kulinarnego pozwala odkrywać siebie samego, swoje możliwści, smaki... co dzień uczymy się czegoś. Czyż nie jest to genialne?
Aaaaaa... moje ciasta... bym zapomniała. Muszę sprawdzić, jak tam się mają, czy rosną zdrowo...
Póki co nie mam żadnych zdjęć, bo bardzo (sic!) muszę się skupić na tym, co robię... ale z czasem i to opanujemy, że dowody mych podbojów kulinarnych się pojawią.
A presto...