Czasem brak słów. Nic nie składa się do 'kupy'. Mysli nie zostają wystarczające długo, by je pozbierać i utkać z nich cos sensownego. Zatem,.... tymczasem zdjęcie, jedno czy dwa. By złapać ulotne chwile.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montignac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montignac. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 kwietnia 2010
piątek, 16 kwietnia 2010
Za pisanie zabieram się już ... sama nie wiem od kiedy. Napierw były Święta i przy całym zamieszaniu jakie bywa przed Świętami i moim przerostem ambicji nad możliwościami, zabrakło czasu na zdjęcia, by już nie wspominać o pisaniu. A potem nadszedł 10 kwietnia i w pierwszej chwili wyrwałam się do pisania, by ostatecznie zrezygnować na rzecz pustki i świętego spokoju, którego wydawało mi się wymagała sytuacja.
Potem wiele razy układałam sobie w głowie tekst, który chciałabym napisać na swoim blogu, post o dniu dzisiejszym, wczorajszym, o czymkolwiek, ale jakoś ostatecznie zawsze schodziło mi na tę sobotę. Nie chciałam i wciąż nie chcę pisać o tym, co się wydarzyło. Nie dlatego, że mnie to jakoś szczególnie nie poruszyło - nie zrozumcie mnie źle, ruszyło, nawet bardzo - ale dlatego, że już wszysyc wszystko napisali, wykrzyczeli, obfotografowali i nie pozostaje mi nic więcej do dodania. I lepiej. Postanowiłam nie włączając się w dyskusję, uczcić pamięć tych, których już nie ma, bez wyróżnień, rang i zasług. To nie ważne. Zginęli i tyle. Należy iść dalej, bo martylologia i umęczanie się niczemu nie służa, a wręcz przeciwnie, prowadzą do jeszcze większej depresji i głębszego przekonania, że pozostajemy wycieraczką, która pojawia się na wizji, tylko wtedy, gdy nastąpi jakiś sensacyjny brak jej struktury. Ale dość, bo nie miałam pisać o 10 kwietnia, ani o żadnym innym kwietniu, ani innej czerwcowej niedzieli.
Ostatnio mało widzę ze świata. Zasłonili go nam niemal doszczętnie, okraszając tę pustkę bliżej nieokreślonymi dźwiękami, które po kilku godzinach mogą doprawadzić do czynów niekotrolowanych. Dlatego uciekam do innego świata, pozornie spokojniejszego i cichszego. Zabieram 'pracę', sadowię się wygodnie z kubkiem kawy bądź herbaty u boku, okresowo także zaszczycana towarzystem kotowatego stworzenia, które wykazuje zapędy samobójcze. Napawam się światłem, świeżym (sic!) powietrzem, spokojem. Zagłębiam się w lekturze. Wczoraj musiałam wrócić do ciemności, do stukania, pukania, obijania, dźwięków dziwnego języka i migających za oknem cieni. Czułam się jak osoby, które nie mogą wychodzić na światło dzienne, bo ich skóra jest za wrażliwa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje, że one mogą się tak czuć. Choć nie ukrywam, że jestem w lepszej sytuacji. Za niecałe trzy miesiące wyjdę z ciemności, oni zapewne nie. W oczekiwaniu na koniec wyroku, upiekłam ostatnio ciasto wg Montignaka, które u P wywołało sprzeczne emocje. Najpierw radości, że w tych ciężkich chwilach katorgii, jaką mu nałożyłam - mało skutecznej, ale jak to facet, nie rozumie, że naprawdę jestem dla niego łaskawa - wykazałam jakieś ludzkie odruchy i upiekłam ciasto. Potem zrezygnowania, by nie użyć mocniejszego słowa typu rozpaczy, że już nawet ciasto nie może być normalne. Nie, nie może i basta. Mnie smakowało, choć muszę jeszcze trochę nad nim popracować. Wersja motignakowa jest jak dla mnie zupełnie bez wyrazu, więc testuje warianty dodawania pewnych elementów smakowych, jednocześnie starając się zachować walory potencjalnej 'zdrowości' tego wypieku. A nie będę ukrywać iż fakt, że P nie smakowało ciasto jakoś szczególnie mnie nie wzruszył, więcej dla mnie :P
Let there be light... please!!!
Potem wiele razy układałam sobie w głowie tekst, który chciałabym napisać na swoim blogu, post o dniu dzisiejszym, wczorajszym, o czymkolwiek, ale jakoś ostatecznie zawsze schodziło mi na tę sobotę. Nie chciałam i wciąż nie chcę pisać o tym, co się wydarzyło. Nie dlatego, że mnie to jakoś szczególnie nie poruszyło - nie zrozumcie mnie źle, ruszyło, nawet bardzo - ale dlatego, że już wszysyc wszystko napisali, wykrzyczeli, obfotografowali i nie pozostaje mi nic więcej do dodania. I lepiej. Postanowiłam nie włączając się w dyskusję, uczcić pamięć tych, których już nie ma, bez wyróżnień, rang i zasług. To nie ważne. Zginęli i tyle. Należy iść dalej, bo martylologia i umęczanie się niczemu nie służa, a wręcz przeciwnie, prowadzą do jeszcze większej depresji i głębszego przekonania, że pozostajemy wycieraczką, która pojawia się na wizji, tylko wtedy, gdy nastąpi jakiś sensacyjny brak jej struktury. Ale dość, bo nie miałam pisać o 10 kwietnia, ani o żadnym innym kwietniu, ani innej czerwcowej niedzieli.
Ostatnio mało widzę ze świata. Zasłonili go nam niemal doszczętnie, okraszając tę pustkę bliżej nieokreślonymi dźwiękami, które po kilku godzinach mogą doprawadzić do czynów niekotrolowanych. Dlatego uciekam do innego świata, pozornie spokojniejszego i cichszego. Zabieram 'pracę', sadowię się wygodnie z kubkiem kawy bądź herbaty u boku, okresowo także zaszczycana towarzystem kotowatego stworzenia, które wykazuje zapędy samobójcze. Napawam się światłem, świeżym (sic!) powietrzem, spokojem. Zagłębiam się w lekturze. Wczoraj musiałam wrócić do ciemności, do stukania, pukania, obijania, dźwięków dziwnego języka i migających za oknem cieni. Czułam się jak osoby, które nie mogą wychodzić na światło dzienne, bo ich skóra jest za wrażliwa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje, że one mogą się tak czuć. Choć nie ukrywam, że jestem w lepszej sytuacji. Za niecałe trzy miesiące wyjdę z ciemności, oni zapewne nie. W oczekiwaniu na koniec wyroku, upiekłam ostatnio ciasto wg Montignaka, które u P wywołało sprzeczne emocje. Najpierw radości, że w tych ciężkich chwilach katorgii, jaką mu nałożyłam - mało skutecznej, ale jak to facet, nie rozumie, że naprawdę jestem dla niego łaskawa - wykazałam jakieś ludzkie odruchy i upiekłam ciasto. Potem zrezygnowania, by nie użyć mocniejszego słowa typu rozpaczy, że już nawet ciasto nie może być normalne. Nie, nie może i basta. Mnie smakowało, choć muszę jeszcze trochę nad nim popracować. Wersja motignakowa jest jak dla mnie zupełnie bez wyrazu, więc testuje warianty dodawania pewnych elementów smakowych, jednocześnie starając się zachować walory potencjalnej 'zdrowości' tego wypieku. A nie będę ukrywać iż fakt, że P nie smakowało ciasto jakoś szczególnie mnie nie wzruszył, więcej dla mnie :P
Let there be light... please!!!
środa, 3 lutego 2010
To już luty???
Od odkurzania zalegających warstw kurzu na tym blog dostałam nagłego ataku kaszlu. Moja wyimaginowana alergia usmiechnęła się do mnie znacząco, by przypomnieć o swoim - nawet jesli tylko wyimaginowanym - istnieniu. Dokładnie. Zdałam sobie sprawę, że już luty. W zeszłym miesiącu napisałam dokładnie jeden post. Wstyd! Ale cóż zrobić. Opusciła mnie wena, napadła za to proza życia i tak w pakiecie dostałam brak czasu i chęci do pisania, jesli w ogóle cokolwiek wartego opisania by się znazło.
Gotowanie ostatnio zeszło na dalszy plan z przyczyny tak prozaicznej, że nawet nie warto wspominać. Potem jest inną kwestią fakt, że jestesmy na diecie - na ja przymusowej, choć P tymbardziej, ale jakby to on jest powodem, ja mu tylko wiernie (sic!) towarzyszę i wspieram w boju! Zatem koniec szaleństw w kuchni, choć nie będę udawać, że nic nie jemy. Bynajmniej. Ostatnio nawet zaprosiłam rodziców P na obiad w niedzielę. Mama bardzo się ucieszyła, bo stwierdziła, że będzie to na pewno lunch nietuczący - a ja w planach miałam pulpety w sosie koperkowym, które chodzą za mną już od dłuższego czasu - więc się byłam zestresowałam i nastąpiła pospolita mobilizacja. Zatem był lunch wg Montignaka, choć może risotto milanese nie jest do końca wg jego założeń, tymbardziej jesli zrobione z białego ryżu. Później porażka w postaci mielonego zapiekanego ze szpinakiem i sosem pomidorowym, a wszystko uwieńczone wielkim, niedopieczonym ciastem! O tak, niedziela była wspaniałym dniem, aż chciało się krzyczeć z ...rozpaczy :o No dobrz, nie dramatyzujmy, bo nie było aż tak źle. Upieczony z rana chleb robił furrorę i nie miało znaczenia, że mielone pływało w sosie własnym, choć miało się dać pokroić, a ciasto było za mało słodkie i jakies takie nijakie - ciasto to może duże słowo, nie było w nim grama mąki, tylko jajka i trochę smietany, ale to już szczegół. Winę zwaliłam na piekarnik, który za słabo grzeje - co nie jest dalekie od prawdy :s Rodzice P, a przynajmniej Mama, byli w siodmym niebie, tymbardziej, że nie musiała gotować sama, to raz, a dwa wyciągneła nas na wystawę japońskiej artystki w ramach akcji dokulturalniania się. O nie, niedziela była zdecyowanie dobrym dniem :p
Się rozpisałam :o to tyle na dzis. Oddalę się teraz przygotować jakas strawę dla dzielnego mysliwego :o mammamia
poniedziałek, 19 października 2009
Niedzielne pobojowisko
O dziwo nie było ciężko wstać po tym, jak o drugiej w nocy wróciliśmy z imprezy urodzinowej. Ku mojemu zdumieniu rozpierała mnie energia i chęć do działania. Nastawiłam więc sobie codzienną herbatkę zieloną, usiadłam przy stole i … wsłuchiwałam się w przyjemnie kojącą ciszę niedzielnego poranka. Wzięłam książkę do ręki – tak a propos to o tej książce jeszcze będzie ;). Nazywa się ‘Black gold. A dark history of coffee’ Anthony’ego Wilda i zdecydowanie postanowiłam się podzielić moim refleksjami na jej temat, tylko ostatnio nie mam za bardzo czasu na czytanie, więc należy uzbroić się w cierpliwość :D – ale czytanie mi nie szło. Miałam potrzebę działania, zrobienia czegoś, by nie użyć wielkiego słowa pt. stowrzenie.
Powstało tiramisù* w wersji Montignakowej.
Na samym wstępie zaznaczę, że wielkim fanem tego deseru nie jestem. Kawę, a owszem lubię, to raczej wiedza powszechna. Jednak pozostałe składniki w swojej kombinacji nie wywołują stanu euforii jak u niektórych innych osobników. Niemniej jednak można od czasu do czasu dogodzić większości i zrobić coś bardziej pod ich gusta niż mój. A że lubię wyzwania, to już chyba też tajemnicą nie jest, więc postanowiłam przygotować owy deser … Włochom :D Dodajmy do tego perwersję ciągłego eksperymentowania i mamy pełny obraz mojej naiwnej działalności.
W ruch poszedł mój dobry przyjaciel mikser. Już na początku się okazało, że zapomniałam się zaopatrzyć w jajka, więc oczywiście ich ilośc nie do końca się zgadzała z wytycznymi. Zdarza się, mówię sobie i dalej miksuję, zasłuchana w kakafonię odgłosów miksera. Na palniku ‘prokurowała się’ kawa, na blacie obok drżały przerażone swoją perspektywą biszkopty i tylko ricotta wymownie milczała, ale może wynikało to z faktu, że była szczelnie zamknięta przez wieczko, hmm, dekiel, no zakrętkę, er pudełko** …;P Praca się posuwała. Miska wypełniła się, i całą kuchnię, zapachem świeżej kawy, masa jajkowo-fruktozowa połączyła się w jedność i z niecierpliwością oczekiwała sera. Biszkopty pogodziły się już ze swoimi przeznaczeniem, a może tylko dobrze udawały, bo ostatecznie wiedziały, że dla nielicznych ta walka nie będzie ostatnią. Byłam w niebie. Od czasu do czasu zaglądałam do przepisu, który był tak krótki, że aż wydawał się być za łatwy do zapamiętania, więc moja wrodzona niepewność nakazywała mi się wspierać na wiedzy starszych, bardziej doświadczonych. I nadszedł moment rzezi biszkoptowej. Tylko nie mówcie nikomu, w przypadku jakiegokolwiek śledztwa wyprę się wszystiekgo, zaprzeczę każdemu faktowi, który będzie na moją niekorzyść, ale sypać innymi nazwiskami też nie będę. Także poszły niewiniątka na pewną śmierć, straszną, przerażającą, przez utopienie. Świadomość sprawy, za którą zginieli powinna jednak dodawać otuchy. Albowiem był to eksperyment dla dobra ludzkości, akt twórczy mający dać radość i zadowolenie, poczucie spełnienia i satysfakcji. Wypełniły się więc miseczki utopionymi biszkoptami, żeby nie było im za dobrze, zalano je jeszcze masą serowo-jajeczną i na koniec dla osłody – (sic!) – gorzka czekolada. Spojrzałam na efekt swoich niecnych poczynań. ‘Miejmy nadzieję, że się nie potrują’ przeszło mi przez głowę i nie chodziło tu o biedne biszkotpy.
Chciałam się zatrzymać na chwilę. Dotknąć jej, pomilczeć razem lub wdać się w rozmowę o sensie egzystencjalnym, o mistycyzmie Majmonidesa według Spinozy i absolucie Hegla lub o konieczności zakładania kasków ochronny podczas przechodzenie pod rusztowaniami. Jednak nie było czasu, bo pole bitwy, jakie powstało po moich działaniach, wymagało natychmiastowych działań resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Sprzątanie ma w sobie coś z nemesis. Akt twórczy przywracający porządek i harmonię rzeczywistości nas otaczającej. Ogromna siła kształtowania tej rzeczywistości, formowania jej. Apoteoza ładu.
Oglądacie czasem kryminały amerykańskie? Przyznaję się bez bicia, że jest to mój kolejny nałóg, czy jakby to nazwać. Uwielbiam kryminały zarówno w wersji ekranowej jak i papierowej. Ale dlaczego o tym wspominam, otóż jest taki moment gdy dzielni, szalenie inteligentni detektywi zdają sobie sprawę, że mają doczynienia z mordercą seryjnym. Co zazwyczaj o tym świadczy? Modus operandi. Zgadza się, taki otóż model często też oznacza, że sprawca zabiera trofea, cokolwiek by to nie miało być. Czasem są to jakieś przynależności ofiary, nierzadko części samych ofiar :o lub ich zdjęcia. Teraz chyba już wiecie do czego zmierzam? Zdjęcia moich wynalazków to takie trofea. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam się zastanawiać czy może coś jest ze mną nie tak. Potem uświadomiłam sobie, że samo robienie zdjęć to nic. Publikowanie ich w necie to już szczyt śmiałości :p Ale że nie jestem w tym szaleństwie osamotniona, co więcej obszerność niektórych blogów skazywałaby ich autorów na lata świetlna za kratami, więc uspokojona kontynuowałam dokumentowanie efektów swojej aktyności :D
Tiramisù smakowało. Ofiarność biszkoptów nie poszła na marne.
Basta:D
*Przepis na tiramisu:
(przepis pochodzi z książki 'Menu per dimagrire' M. Montignaka)
Składniki na porcje dla dwóch osób:
60 g biszkoptów typu Pavesini (nie wiem czy takowe się dostanie w Polsce, generalnie są to lżejsze, mniej kaloryczne biszkopty, nie takie typowe)
250 g ricotty light - ja nie dostałam akurat, więc użyłam zwykłej
40 g fruktozy
2 żółtka
180 ml kawy - w oryginale jest napisane ristretto, także musi być dość mocna
10 g kakao gorzkiego
Preparacja:
Żółtka wraz z fruktozą ubić mikserem, czy czymkolwiek macie pod ręką, na homogeniczną - uwielbiam to słowo, pojawia się często we włoskich przepisach ;) - masę.
Następnie dodać ricottę, zmiksować i przepuścić przez sito interrogacyjne. Choć samo sitko też wystarczy.
Przygotować kawe. Utopić w niej biszkopty - wystarczy chwila w przypadku biszkoptów typu Pavesini - i ułożyć jedną wartwę w miseczkach. Na biszkoptach ulożyć warstwę serowo-jajeczną, tak ze dwie łyżeczki, żeby zakryć biszkopty. Ułozyć kolejną warstwę topielców i przykryć resztą masy ricottowej.
Wierzch posypać kakao.
Wstawić do lodówki i ćwiczyć silną wolę przez co najmniej godzinę. Potem można sobie pofolgować.
** Myślę, że nie trzeba wyjaśniać do jakiego kultowego filmu to się odnosi ;p
Etykiety:
biszkopty,
Black gold,
kawa,
Montignac,
niedziela,
rozważania,
Spinoza,
tiramisù
środa, 29 lipca 2009
Idea ciasta

Choć nigdy nie byłam fanem starożytności i skrzętnie omijałam ten okres podczas wszelkiej maści studiów nad literaturą, historią czy filozofią, to jednak jakimś cudem utkwiła mi w głowie (zabłąkana informacja) platońska (może się mylę, może to był ktoś inny ;)) idea rzeczy, tzn. czy to, co widzimy jest odzwierciedleniem jakieś wyższej idei, jakiegoś idealnego obrazu istniejącego w jakimś idealnym świecie. Nie jestem w stanie przytoczyć tutaj całego dyskursu, ale też nie ukrywam, że nie jest to najważniejsze w tym momencie. Zaczęłam od tego, bo chciałam się podzielić publicznie moją porażką i sądziłam, że jeśli ubiorę ją w ładne opakowanie pod tytułem 'Ciasto w tym najwspanialszym ze światów', to będzie ona jakoś mniej bolesna, mniej dokuczliwa. Zacznę więc od początku. Nie, nie, spokojnie, nie zrobię tutaj wykładu o Platonie i spółce ;) Już mówiłam, że do fanów tudzież znawców nie należę - aczkolwiek może i błąd, może należałoby się zapoznać z treścią i stawić czoło demonom przeszłości - więc początek ograniczę do dnia wczorajszego, gdy w mej głowie zrodziła się owa szkaradna myśl, by zrobić ciasto :o Chyba już pisałam o tym, że jestem beztalenciem jeśli chodzi o wypieki cukiernicze, ale walczę z tym mym niedociągnięciem. Wciąż piszę petycje o wsparcie moralne i manualno-intelektualne, ale ciągle jestem odsyłana do innego okienka i już zaczynam się gubić w tej biurokracji ;) W międzyczasie próbuję innych środków, ale jak się zaraz okaże i tutaj jest wiele do zorbienia.
Także wczoraj postanowiłam zrobić ciasto. Chodziło za mną już od jakiegoś czasu, chodziło, męczyło, dręczyło, spać nie pozwalało, aż wreszcie powiedziałam 'basta!' i zakasałam rękawy. Nie ważne, że za oknem żar lał się strumieniami, że klimatyzację trzeba było wyłączyć na czas działania piekarnika - w innym poście powinnam opisać instrukcję jak zrobić sobie saunę w domu niewielkim kosztem :P - że śliwki suszone musiały mieć specjalną ochronę, by dotrwać do momentu połączenia się z ciastem. Daga miała ideę ciasta. Pięknego jak na zdjęciu w książce*, lekko piankowego, ze śliwkami, morelami i orzechami. Przez długi okres pielęgnowana wizja tego ciasta miała się zmaterializować lada chwila, na moich własnych oczach, co więcej, zrobiona przez moje własne, acz trochę nieporadne, ręce. Zabrałam się więc do pracy, robiąc wiele hałasu o nic, bijąc się ze szklankami, łyżkami, kartonikami i innymi opakowaniami, zaprzęgając mojego nieodłącznego towarzysza bojów i po pewnym czasie było gotowe. Stop! Jedna chwila... w pewnym momencie podczas robienia masy naszła mnie złośliwa myśl, że coś jest nie tak jak powinno być. Ale znajdując się stanie nieopisanej euforii i bezpodstawengo szaleństwa kuchniowego, stłumiłam złowieszcze głosy i kontynuowałam swoje 'dzieło'. Lekcja numer niepamietamjużktóry: słuchać głosu wewnętrznego! Problem polega na tym, że jako początkujący adept sztuki kulinarnej nie do końca wierzę swoim przeczuciom, bo skąd one mogą się brać, skoro mój dorobek pichceniowy nie wyrasta poza krawędź keksówki, a patyczek włożony do środka wychodzi bardzo mokry :P?Q? Także skazana byłam na czekanie. Wielkie czekanie, wielkie napięcie i wielka ochota na spróbowanie ciasta. Teraz sobie myślę, że czasem lepiej jest czekać, marzyć... nie zawsze dobrze jest osiągnąć cel. Czasem o wiele więcej frajdy daje dążenie do niego - alem żem się zrobiła sentymentalno-patetyczna.

Powiem krótko, zwięźle i na temat. KLAPA! Moim skromnym zdaniem wyszła wielka klapa. Ale jak zwykle P. namówił mnie na zabranie tego wybryku natury do swoich rodziców, twierdząc, że primo: chodzi o sam fakt zrobienia, a secondo: wg niego ciasto było dobre, co więcej wg niego jego ojcu będzie bardzo smakowało. Nie miałam przekonania co do tego, ale ostatecznie zabraliśmy tę pokrakę ze sobą, ja oczywiście od drzwi tłumaczyłam, że hmm... cóż.... hmm... nie do końca jest tak jak miało być. Ale rodzinka podeszła do kwestii dość entuzjastycznie. Nie będę twierdzić,że nie byłam przerażona. Ich opinii wyczekiwałam, jak oskarżony na wyrok sądu. Wciąż trudno mi uwierzyć, że im smakowało. To ciasto dalekie od ideału.
Ponieważ byłam tak zrozpaczona (sic!) rezultatem mojego mącenia w kuchni, że zdjęć tego nieidealnego ciasta nie zrobiłam. Na pocieszenie... śliwki i morele... pożarte w akcie desperacji.
Ahjo. Na koniec wypada mi jeszcze tylko wrócić do tego, co pisałam na początku o idei istniejącej w innym, idealnym świecie - myślę, że Platon (czy ktokolwiek to był) miał rację. Istnieje świat z ideami ciasta, kucharza/piekarza etc. Może kiedyś uda mi się je doścignąć ;)
* Książka M. Montignac - Schudnij z Montignakiem :o
wtorek, 30 czerwca 2009
Kulinarnych szaleństw ciąg dalszy

_Opowiem Wam, jak utopiłam pewne truskawki_
Wczoraj już nie miałam sił pisać, jak o 2.oo nad ranem wróciliśmy od Alessandro i Izotty. Graliśmy w Carcasonne :D Ale nie tylko. Lubię te spotkania, bo przysłuchiwanie się rozentuzjazmowanym Włochom, jak rozmwiają o polityce czy właściwie o Berlusconim, to zabawa sama w sobie. A przy okazji mam szanse na duży input włoskiego, co jest bardzo istotne. Jeśli chodzi o Berslusca, jak to się go tutaj nazywa, to wydaje się, że już wszystko powiedziano, że granice przyzwoitości dawno zostały przekroczone i nic więcej zrobić się nie da. Ale jak widać myli się ten, kto tak uważa ;) i choć mówi się już nie tylko w kuluarach, ale na łamach poczytnych/szanowanych angielskich (sic!) gazet, że Berlusconi zrezygnuje ze swojego stanowiska, to jakoś mało kto wierzy tym plotkom - istnieje teoria spiskowa, że to jego koledzy partyjni rozpowiadają te pogłoski, by się go pozbyć. Niezależnie od faktycznego stanu rzeczy, Berlusconi pozostaje wdzięcznym tematem na wieczorne spotkanie przy szampanie (no dobrz, winie musujacym) i ciachu. I tutaj pojawiam się ja w roli głównej, powiem tak nieskromnie. Tak, to ciasto to moje dzieło, a raczej monstrum, aczkolwiek standardowo (hmm, ciekawe czemu?) mimo nienajlepszego wyglądu, ciasto smakuje. Ale zacznę od poczatku...
Na początku było jajo... tak, tak... wyznaję tę teorię, więc jeśli ktoś się nie zgadza, to może teraz opuścić ten 'pokój', choć nie będę się zagłębiać w szczegóły tej teorii, ani przedstawiać argumentów za ;) Powiem tylko, że po jajku przyszła mąka i razem chciały stworzyć dzieło wybitne, zdecydowanie ponadczasowe, dla przeszłych (sic!) i przyszłych pokoleń. I tak oto powstał biszkopt :o w wielkim skrócie. Jako wielki żółtodziób kulinarny, dopiero odkrywam co oznaczają pewne kodowane zwroty na blogach kulinarnych. Ale nic, jeszcze nikt nie zginął, więc udaję dalej, że umiem coś więcej zrobić niż kawę ze zważonym mlekiem ;)
Zdecydowała się zrobić ciasto z truskawkami z bloga WhitePlate. Było napisane: ŁATWE. Jakoś to do mnie przemówiło, nie wiem jak do Was. W każdym bądź razie zabrałam się za robienie. Kupiłam wcześniej wcale niebrzydkie truskawki... zanim znalazły się w cieście, pożarłam część na obiad, z makaronem i śmietaną ;) mniam mniam, ale nie wszystkie, spoko :P Także czytam przepis, standardowo kilka razy, pytam się siebie, czy zrozumiem wszystko, rozumiem mówię sobie, choć nie wiem czy jajka mają być całe razem, czy osobno i potem połączone?Q? W przepisie stoi jajka ubić :o no więc biorę się za ubijanie, niby fajnie jest. 'Delektuję' się moją nową zabawką, jak to ładnie miksuje, wydając przy tym zadowolone odgłosy i w ogóle jak to ładnie ze mną współpracuje (nie tak, jak mój komp, co to się na mnie obraził i tylko kropki mu w RAMie). Łączę wszystkie składniki, jak stoi napisane w przepisie, na koniec dodaję truskawki i tutaj zapalają się pierwsze 'żarówki'. Mam duże wątpliwości, czy właśnie nie popełniłam masowego mordu na truskawkach, topiąc je w cieście biszkoptowym. Mimo wszystko wkładam ciasto do piekarnika, odprawiam modły, by ładnie grzał i się nie buntował za dużo i ... czekam! Gdy wyjmuję je z piekarnika wiem, że nie jest, jak miało być. Ale P mówi, że i tak mam wziąć ze sobą. Hmm, skoro tak uważa :o. Pomału sie przyzwyczajam do tego, że zanim dobrze przekroczę próg czyjegoś domu, tłumaczę się z tego, że ciasto może nie wygląda idealnie, ale mam nadzieję, że chociaż smak to zrekompensuje. I zazwyczaj tak jest, właściwie to zawsze. Jednak potem nachodzą mnie myśli, co robię nie tak, dlaczego ciasta nie wychodzą mi tak jak innym :( W ramach spychologii, winię piekarnik, że nie grzeje równo, że jest niezdyscyplinowany etc. Anyway, ciasto wszystkim smakowało, choć truskawki stanowiły marginalna część - a mnie się zdawało, że dałam ich relatywnie duża w stosunku do tego, co było w przepisie (choć z drugiej strony, to mogła być przyczyna niepowodzenia :o) i oczywiście wylądowały zmaltretowane na samym dole :(.
Pocieszenia szukam w potrawach niesłodkich, tzn. daniach mniej lub bardziej obiadowych, które wychodzą mi - chyba -całkiem nieźle. Także wczoraj mieliśmy steki wieprzowe z jabłkami w sosie musztardowo-jogurtowym wg przepisu M. Montignac. Surprise surprise pewnie dla niektórych, gdyż nie jestem zwolennikiem owoców w daniach głównych. Jednak z niedzielnego pieczenia zostało mi już obrane jabłko, więc stwierdziałam, że mogę spróbować. I wyszło dobre, nawet bardzo. P się zajadał - szczęśliwy, bo dostała kawał mięsa, gorzej jak się okazało, że to, co leżało pod mięsem nie było ziemniakami smażonymi, tylko jabłkami ;) Nie mniej jednak mnie smakowało, a co ważniejsze, stopniowo udaje mi się wprowadzić dania z Montignaca. To mój niecny plan, który jest odpowiedzią na ciągłe narzekania P, że jest za gruby i musi schudnąć. Piano, piano... do celu.
A dziś prawdopodobnie będziemy mieć gościa, więc zaraz zabieram się za szukanie jakiegoś fajnego przepisu na wieczór :D Mam ochotę na risotto :P Muszę zerknąć co proponuje Montignac ;) Jeśli będę robić ciasto dziś, to też z Montignaca. Kto powiedział, że zdrowe nie może być przyjemne i smaczne.
Ahjo, to tyle na dziś i wczoraj. Tymczasem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




