Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2010

Cisza W Chmurach

Jutro może cos napiszę.
Dzis jestem jeszcze W Chmurach_

niedziela, 14 lutego 2010

Leniwa sobota

Nie upiekłam wczoraj chleba. Dzień był za ładny, by go spędzić w domu. Udało mi się namówić P na spacer, mimo że był padnięty po całym tygodniu ciężkiej pracy. Jak to często z naszymi spacerami bywa i ten zakończył się w księgarni. Ostatnio dużym łukiem omijame te zjawiska kulturalne, by zaoszczędzić sobie stresu i zbędnych myśli typu ' A może jednak kupię tę książkę, ponoć warto' lub 'Kupię, ale nie będę przygotowywać nic z tych przepisów, tylko obejrzę zdjęcia'. Tja, ta sama gadka, a efekt zawsze ten sam. Także stałam pośród regałów z książkami aż po sufit i aż oczy nie akomodowały od tego ogromu małych literek tytułów i autorów. Patrzyłam. Nie brałam do ręki, bo to oznaczałoby koniec. Dotknięte - moje. Także znalazłam, przez przypadek (sic!), Bruce'a Chatwina On the Black Hill, Agathę Christie lub raczej Mary Westmacott - nigdy nie czytałam żadnej z jej książek napisanej pod pseudonimem, a ponoć są równie interesujące, co kryminały :p - znalazłam Dickensa Great Expectations i in. Jednej książki szukałam, przyznaję bez bicia - Anne Dean Bellfiled Hall. Nieznalazłam, więc może i lepiej :p W pewnym momencie podchodzi P i pyta, czy znalazłam coś interesującego. Spojrzałam na niego i z rozbrajającą szczerościa odpowiedziałam... 'beh, znalazło by się coś... ewentualnie :o'. Wyszliśmy. Trochę zaczynają mnie niepokoić takie objawy masochismu u mnie. Ale tylko trochę. Hihihihihihi
Wieczoram natomiast udaliśmy się do kina. Tymrazem wybór był prosty, bo propozycja jaka padła z strony Luki, została zaakceptowana bez chwili wahania. Paranormal activity. Słyszeliście o tym filmie? Otóż ja widziałam trailer i pomyślałam sobie, że zapowiada się ciekawie. Potem jednak P podeslał mi artykuł, gdzie stało napisane, że film jest przerażający, nastolatki dostają ataku paniki, w ekstremum wchodzą w stan katatonii :s Err...hmmm... jest aż tak źle. Zaczęłam mieć wątpliwości. W sumie dlaczego miałabym się skazywać na męczarnie?Q? Nie można wybrać innego filmu, po którym byłaby nadzieja na wyjście o własnych siłach i przynajmniej relatywnie zdrowych zmysłach? Przemyśliwywałam sobie tę sprawę trochę :p Ostatecznie stwierdziałam, że nie może być tak źle. Że ludzie panikują, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Opcja niewypowiadana była, że w razie czego jest P. Lub wyjście ewakuacyjne :p Nie zaszła jednak potrzeba korzystania z żadnej z opcji. Film był nudny przez większośc czasu. Nie oczekiwałam, że będzie się lała krew litrami, będą latały flaki czy inne części ciała. To nie miał być horror tego typu. Spodziewałam się jednak większego wpływu na psychikę, na obrazy, emocje, które będą się tworzyły w mojej głowie przez subtelne sugestie z ekranu. Nic takiego nie miało miejsca. A jeszcze pod koniec filmu zrobiono przerwę :o - że jak?Q? przerywać w momencie, kiedy potencjalnie coś może się w końcu wydarzyć? Nie wierzę :s I jeśli coś miało się wydarzyć, jeśli jakiekolwiek napięcie zostało wywołane w głowach widzów, to właśnie w tym momencie wszystko zostało zniszczone. 
Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na produkcję, która kosztowała 15000 dolarów, ograniczyła się do czterech aktorów i jednego domu, a zyski przebiły Avatar - ponoć, nie widziałam tego na własne oczy, więc podkreślam, że to tylko plotka - to wydaje się, że ktoś miał niezły pomysł! Bo pomysł sam w sobie jest ciekawy, aczkolwiek nieodkrywczy, czy nowatorski. Blair Witch Project zrobił na mnie większe wrażenie - nie, inaczej, BWP zrobiła na mnie wrażenie, nie spałam potem całą noc - i wynikało to zapewne z faktu, że był to film nowatorski, niemal pionierski. Ten natomiast odgrzewa trochę stare kotlety :p Ale dziewczyna jest dobra. Przekonała mnie, że się naprawdę boi. Choć nie ukrywam, że był moment, kiedy nie mogłam wytrzyamć ze śmiechu. Potem się okazało, że dla niektórych to był jeden z tych niewielu momentów, kiedy wzrostło im tętno. Może jestem jakaś inna :p
Generalnie nie polecam filmu jako wielkiego horroru, który przyprawi was o ataki paniki, wymioty i inne dobrodziejstwa przerażenia. Można obejrzeć, by móc się wypowiedzieć, ale sądze, że jest kilka innych propozycji w kinach, które można rozważyć przed tą!
Noc była spokojna :D
Życzę miłej niedzieli.

środa, 3 lutego 2010

To już luty???

Od odkurzania zalegających warstw kurzu na tym blog dostałam nagłego ataku kaszlu. Moja wyimaginowana alergia usmiechnęła się do mnie znacząco, by przypomnieć o swoim - nawet jesli tylko wyimaginowanym - istnieniu. Dokładnie. Zdałam sobie sprawę, że już luty. W zeszłym miesiącu napisałam dokładnie jeden post. Wstyd! Ale cóż zrobić. Opusciła mnie wena, napadła za to proza życia i tak w pakiecie dostałam brak czasu i chęci do pisania, jesli w ogóle cokolwiek wartego opisania by się znazło. 

Gotowanie ostatnio zeszło na dalszy plan z przyczyny tak prozaicznej, że nawet nie warto wspominać. Potem jest inną kwestią fakt, że jestesmy na diecie - na ja przymusowej, choć P tymbardziej, ale jakby to on jest powodem, ja mu tylko wiernie (sic!) towarzyszę i wspieram w boju! Zatem koniec szaleństw w kuchni, choć nie będę udawać, że nic nie jemy. Bynajmniej. Ostatnio nawet zaprosiłam rodziców P na obiad w niedzielę. Mama bardzo się ucieszyła, bo stwierdziła, że będzie to na pewno lunch nietuczący - a ja w planach miałam pulpety w sosie koperkowym, które chodzą za mną już od dłuższego czasu - więc się byłam zestresowałam i nastąpiła pospolita mobilizacja. Zatem był lunch wg Montignaka, choć może risotto milanese nie jest do końca wg jego założeń, tymbardziej jesli zrobione z białego ryżu. Później porażka w postaci mielonego zapiekanego ze szpinakiem i sosem pomidorowym, a wszystko uwieńczone wielkim, niedopieczonym ciastem! O tak, niedziela była wspaniałym dniem, aż chciało się krzyczeć z ...rozpaczy :o No dobrz, nie dramatyzujmy, bo nie było aż tak źle. Upieczony z rana chleb robił furrorę i nie miało znaczenia, że mielone pływało w sosie własnym, choć miało się dać pokroić, a ciasto było za mało słodkie i jakies takie nijakie - ciasto to może duże słowo, nie było w nim grama mąki, tylko jajka i trochę smietany, ale to już szczegół. Winę zwaliłam na piekarnik, który za słabo grzeje - co nie jest dalekie od prawdy :s Rodzice P, a przynajmniej Mama, byli w siodmym niebie, tymbardziej, że nie musiała gotować sama, to raz, a dwa wyciągneła nas na wystawę japońskiej artystki w ramach akcji dokulturalniania się. O nie, niedziela była zdecyowanie dobrym dniem :p

Skoro nie piekę ostatnio własciwie wcale - ten weekend czekoladowy spędza mi sen z powiek, bardzo bym chciała w nim zauczestniczyć :s - postanowiłam napisać o ostatniej wizycie w kinie. Sprawa wyglądała mniej więcej tak: dzwoni Luca i pyta, czy nie chcemy się wybrać gdzies w piątkowy wieczór. Jasne, czemu nie. Tak naprawdę nie miałam jakiejs wielkiej ochoty, ale żeby nie było, że robię się już skostniałą babcią, co to wieczory najchętniej spędzałaby zawinięta w pled (którego nie ma:p) z kubkiem rozgrzewającej herbaty i jakąs lekturą wątpliwej jakosci, zgodziłam się na wypad. W piątek popołudni Luca dzwoni ponownie dogadać kwestie spotkania. Gdy pada nazwa dzielnicy, w której miałby się znajdować potencjalny lokal, mi opada szczęka. Aż tak daleko? Problem jest taki, że my mieszkamy niemal w centrum, Luca na obrzeżach. No więc mówię, że najlepiej niech zadzwoni do P i to obgada, bo P będzie potencjalnym kierowcą. Zaczyna snieżyć. Tak, dobrze czytacie, nawet tutaj potrafią się zawieruszyć masy arktyczne i wywołać pewne zamieszanie. P wraca z pracy i mówi, że są dwie opcję. Udaję wielki entuzjam, żeby nie było wątpliwosci, jestem w siódmym niebie. Jednak, ku mojemu zaskoczeniu, opcja numer dwa podoba mi się niezależnie od nidciągających burz snieznych, czy arktycznych mrozów. KINO. Znacie ten moment, źrenice niebezpiecznie się rozszerzają, na buzi pojawia się wielki banan, a buty same wskakują na nogi. KINO! Tego mi było potrzeba. W tej chwili zapominam o całym swieci i marzę o wypadzie do kina. Nie ważne na co. Jestem kinoholikiem, wszystko ujdzie! Błąd. Gdy pada tytuł filmu, moja twarzy - zakładam - nabiera zupełnie innego wyrazu. Koniec z błyszczeniem w kącikach oczu i innych atrakcjach. Powiem wprost: Nicolas Cage może i fajnie zagrał w Dwa miliony dolarów napiwku, ale to było dawno i nieprawda. Ostatnimi czasy fortuna mu niesprzyja. Może poza Adaptacją, która była dobra, nawet bardzo mi się podobała. Niemniej jednak cos mi swita, że to nie film w tym stylu. P googluje film, patrzę na zdjęcia i własnym oczom nie wierzę. Kino - tak, ten film - zdecydowanie nie! Padam na łóżko zalana łzami, zanoszę się szlochem, niemal uderzam pięsciami w scianę, zadając sobie zasadnicze pytanie: DLACZEGO? Dlaczego mnie to spotyka, akurat kiedy mam taką wielgachną ochotę na kino?Q? Dzowni Luca i mówi, że może jednak pub, ale ja jestem już w modzie (od słowa 'mode', nie wiem jak to przetłumaczyć :p) kino i nic nie może tego zmienić. Luca robi konferencję telefoniczną - nie wiem jak, ale udaje mu się połączyć cztery rozmowy. Próbuję rozumieć co do mnie mówią, co nie jest łatwe wziąwszy pod uwagę fakt, że jeden jest z Rzymu i ma paskudny akcent :s Ostatecznie wychodzi na kino i... ku mojej wielkiej radosci inny film. Tutaj powiem tylko parę słó wyjasnienia. Nie jestm wielkim fanem kina komercyjnego. Bynajmniej, ale jakos tak czasem fajnie jest pójsc na jakies rozrywkowy film. Poza tym czasem zdarzają się michałki, nieprawdaż? Zatem zachęcona przez koleżankę, zaproponowałam Sherlocka Holmesa i ostatecznie przeszła ta opcja. Nie żebym się spodziewała za wiele - ani Robert Downey Jr., a już tymbardziej Jude Law nie wzbudzają mojego zachwytu, jednak Sherlock Holmes tak. Miałam chęć na kryminał. I dostałam. Film sprawnie zrobiony, choć był moment, kiedy się trochę dłużył, ale poza tym technicznie bardzo sprawnie, kolorystyka, stary Londyn, klimat jak się przynależy. Muzyka nie zachwycała, ale nie przeszkadzała. Natomiast interpretacja detektywa i jego pomocnika tak. Może okażę się konserwą na miarę tradyjcji wiktoriańskiej, ale taka wizja Holmesa mnie nie przekonuje. Co więcej przeeksponowany Watson zdecydowanie nie wpisuje się w moją wizję trochę przygłupawego, dobrotliwego angielskiego gentlemana. Sama intryga zas... typiczna, ale tego chyba akurat można się było spodziewać. Generalnie powiem tak: dobra rozrywka, ale jesli ktos jest za bardzo przywiązany do wzorca, to może się zawiesć. Ja mimo wszystko miałam udany wieczór. 

Się rozpisałam :o to tyle na dzis. Oddalę się teraz przygotować jakas strawę dla dzielnego mysliwego :o mammamia





wtorek, 8 września 2009

Bez jaj, ale z wykałaczkami ...

Dwie rzeczy miały wczoraj miejsce. Żadna nie związana z gotowaniem. Ostatnio rzadko zaglądam do kuchni, jeszcze rzadziej do książek kucharskich, czy magazynów z przepiasami. Jakoś tak nie mam melodii, by już nie wspomnieć o apetycie. Za to miałam trochę czasu - dokładnie tyle ile potrzeba, by z Gdyni dojechać do Warszawy pociągiem i potem z Warszawy dolecieć do Mediolanu, na czytanie. Ponieważ 'Handlarza kawą' musiałam oddać do biblioteki :(, zabrałam się za czytanie kryminału Zygmunta Miłoszewskiego pt. 'Uwikłanie'. Przeczytałam gdzieś recenzję, że dobry, sprawnie napisany kryminał. Aczkolwiek fanem polskich kryminałów nie jestem, no dobrze, dla mnie mogłaby istnieć tylko Agatha Christie, a i tak nie brakowałoby mi książek do czytania, zachęcona recenzją i kilkoma artykułami tego pana, które kiedyś miałam możliwość zgłębić, postanowiłam spróbować. I... no właśnie... i co? Pomysłu i lekkoście pióra pan Miłoszewskiemu odmówić nie można. Faktycznie sprawnie napisany, dobrze się czyta, choć początek trochę się wlecze. Z humorem, tak opiewanym w recenzji, to już trochę gorzej. Nie przeczę, że go nie ma. Jest, aczkolwiek nie powala. Były momenty przezabawne, dobrze skonstruowane 'potyczki' słowne etc. Jednak jakby to powiedziała królowa Wiktoria 'We are not amused'. Tzn. ogólnie tak, nawet bardzo, bo kryminał kryminałem, ale ja znalazłam w tej książce coś zupełnie innego. A mianowicie - 'pogłębioną' psychologie (sic!) istoty płci męskiej. Tak, tak, czytałam niczym poradnik i może z tego powodu powinnam przeczytać jeszcze raz, a może nawet i więcej, bo ostatnio dużo się nad tym zastanawiam, a tutaj proszę - książka, która wykłada kawę na ławę. Wiadomo, napisał ją facet, ale właśnie z tego powodu, że to facecia perspektywa i to jeszcze momentami przerysowana - a może nie?Q? - wydaje się być niesamowicie cenna. Generalnie to niby wszystko jest wiadome. Nic nowego wymyślić się już nie da, kobiety i mężczyźni żyją ze sobą setki lat i jakoś się znoszą. Ale czy tak musi być? Czy nie mogłoby to współgrać bardziej harmonijnie? Pewnie nie, skoro to już tyle lat i ciągle jesteśmy na mniej więcej tym samym etapie. Ale interesujące jest spojrzeć na świat z faceciej perspektywy - tak doskonale oddanej w tej książce, moim skromnym zdaniem - i pozowlić sobie na refleksję. Pewnie dziwnie to brzmi w ustach osoby płci żeńskiej, ale ... cóż mogę na to poradzić, cenię wolność osobistą ponad wszystko. Ahjo, jeśli ktoś jest zainteresowany prawdami nieobjawionymi - tzn. oczywistymi oczywistościami - to polecam przeczytanie kryminał. Oczywiście pod warunkiem, że sam kryminał ktoś lubi, bo jakby nie było to jest głównym clue książki ;)

Druga rzecz, po tym jak przeczytałam książkę, to wypad do kina. Ostatnio rzadko bywam, co jest dość frustrujące momentami, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że kiedyś potrafiłam jeździć do kina raz w tygodniu. I niekoniecznie wynika to z braku czasu, częście z braku czegoś ciekawego na ekranie. W każdym bądź razie wybraliśmy się wczoraj do kina. Ja chciałam do kina, P chciał na ten film, bo że niby po angielsku. Oki mówię, choć fanem nie jestem. Fanem czego zapytacie. Ano Harrego Pottera ;) tak, tak. Może i jestem mogulem, czy jak to się tam oni nazywają, ale naprawdę nie przemawia do mnie ta seria. Z książki przeczytałam 3 strony - to było maksimum moich możliwości, przy kilku podejściach. Z filmów widziałam - jak na niefana to pewnie dużo - trzy pierwsze części, ale to głównie dlatego, że grał Alan Rickman, Gary Oldman i Kenneth Brannagh. Ale chciałam iść do kina, P też, więc poszliśmy. A wiecie, że te filmy są długie? Nawet bardzo ... długie. Nudziło mi się potwornie. Momentami żenujące, innymi po prostu nudne. Mało twórcze i jeszcze bardziej przez to nudne. Szczególnie sceny, które tak wyraźnie odnosiły się do wcześniejszych kreacji filmowych, które można by zaklasyfikować troszkę, jeśli nie znacznie, wyżej. Generlanie prawie spałam. Sądziłam, że to może ja jestem jakaś taka wybredna, zmanierowana, że wymagam czegoś innego od kina komercyjnego niż zwykłej zabawy. Okazało się, że z połowa sali spała. P też ;) hihihi. Po seansie spojrzeliśmy się z P na siebie wymownie i doszliśmy do wspólnego wniosku, że było n u d n o, bardzo!!!
Tyle mojego ukulturalniania się.
Pozdrawiam_