Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 marca 2011

A wiosna przyszła pieszo...

Zapomniałam. Tak jakoś wyszło, ale nie mogę powiedzieć, żeby to mnie szczególnie martwiło. Tzn. matrwią mnie pogłębiające się objawy sklerozy, oj tak, ale poza tym... pierwszy dzień wiosny to dopiero początek, więc jeszcze ja zdążę zauważyć.

Dziś od rana słońce rozpychało się po niebie, więc nie mogłam nie skorzystać z tego faktu i wymknąć się na krótki spacer. Pojawił się jednak zasadniczy problem - jak się ubrać. Ostatnio, gdy wydawało mi się, że już jest wiosna - gdybym sprawdzila w kalendarzu, to bym wiedziała, że jeszcze nie przybyła - i z rozbrajającym (rozbierającym - sic!) entuzjazem porzuciałam szalik w domu, odchorowywałam to kilka dni. Zatem nauczona doświadczeniem, postanowiłam przeanalizować moją sytuację, zanim udam się na bliskie spotkanie z wiosną. Do dyspozycji miałam zimową kurtkę, szal, czapkę, dwie pary rękawiczek, kozaki i drugie buty zimowe. Ciężki wybór, muszę przyznać. Zaczęłam się zastanawiać, w którym miejscu na Ziemi, no dobrze to brzmi bardzo pompatycznie, może lepiej w Europie (sic!) zostawiłam moją wiosenną kurtkę. W sumie zwykłe buty też nie były by od rzeczy, a ciepły szalik można by zamienić na lekką chustę. Taaa... czułam się, jak prawdziwa kobieta z życiowy dylematem - w co się ubrać? Ostatecznie nie pozostało mi nic innego, jak wdziać się w zimową kurtkę i zimowe buty. W ostatniej chwili przypomnialo mi sie o prezencie, jaki dostałam od znajomych Belgów, którzy to nas odwiedzili kilka tygodni temu, wobec czego szal zimowy zamieniłam na wiosenny (szczegół że kolorystycznie z innej planety :p). I w takiej zbroi udałam sie 'na miasto'.

Miasto tonęło w słońcu i ... wodzie. Wielkie śniegi topnieją w zawrotnym tempie, po ulicach dosłownie spływają strumienie wody, ale kto by tam patrzył pod nogi (pewnie jakieś gumowce by się przydały, a nie trampki), kiedy wiosna naprawde zawitała w te północne progi, słońce otula ciepłymi promieniami, ludzie zrzucaja zimowe skorupy, zakładają okulary przeciwsłoneczne i okupują stoliki wystawione na zewnątrz kawiarenek i restauracji, łapiąc każdy promyk wiosennego słońca. Zachciało mi się pikniku, czytania książki na ławeczce w parku, wycieczek na łono natury. Aż się rozmarzyłam :p

Wracam ze spaceru pełna zapału do pracy. Ale pierwsza rzecz, jaką robię, to sprawdzenie prognozy pogody. Jutro też ma świecić słońce i pojutrze również. Bodutku, jeszcze się przyzwyczaję... pogoda zdecydowanie mnie rozpieszcza.





Ps Post napisałam wczoraj, ale z przyczyn nieobiektywnych umieszczam go dopiero dzisiaj. Update na temat pogody - słońce świeci z wszystkich sił, aż chce się znowu uciekać na świeże powietrze...

piątek, 5 listopada 2010

A dziś w ramach akcji folgowania sobie w świecie książek, prawdziwy rarytas - mam nadzieję - któremu nie mogłam się dłużej opierać (książka ukazała się w zeszły piątek - długo wytrzymałam, nieprawda?). W drodze do sklepu spożywczego, wpadłam do Saturna - niestety nie jest to prawdziwa księgarnia, ale nie było innej po drodze, a jeszcze była zniżka ;) - i szybko weszłam w posiadanie tego cudu.
Nawet jeśli zajmie mi to lata, postanowiłam zmierzyć się z tą książką w oryginale...
Teraz grzecznie leży na półce przy kanapie i czeka na swoją kolej. Obecnie na tapecie jest najnowszy Grisham :p

Tylko czasu na czytanie mało ...

piątek, 15 października 2010

słów kilka...


To miłe dowiedzieć się, że ktoś tu zagląda, że czyta i czerpie jakąkolwiek przyjemność z mojej grafomanii. Z drugiej strony tym bardziej czuję wyrzuty sumienia, że tak beszczebelnie opuściłam swego bloga, a w raz z nim jego czytelników. Ale nie chcę nikogo łudzić i zwodzić obietnicami poprawy. Ostatnio czas nie działa na moją korzyść, nie współpracuje, wręcz przeciwnie, wyciska ostatnie ślady kreatywności tudzież chęci do działania. Ale mam wolę, jak to się oświadczało na maturze (sic!), tylko pewnie z regularnością będzie krucho. Ciągle jeszcze czai się w zakamarkach mój wielki post o NiePamiętamJużoCzym. Pamiętam, że miał być, co już poczytuję za sukces, zwarzywszy że ostatnio muszę ciągle nosić przy sobie kartkę i długopis, bo inaczej bym pewnie zapomniała, że mam oddychać.
Ale co ja tu będę smęcić o prozie życia, którą każdy doskonale zna z własnego podwórka. Za to opowiem o nie prozie nieżycia w wydaniu magazynów dla kobiet (poniekąd). Otóż zaczęło się od tego, że postanowiłam w końcu zabrać się za włoski. Bo głupio, bo wkurza, no i ostatecznie dobrze jest wiedzieć co się dzieje wokół, a nie tylko potakiwać głową w takt nikomu niesłyszalnych rytmów z pogranicza hipnozy i ezoteryzmu. Takie postanowienie ‘postanawiam’ sobie dość regularnie. Ot, tak ze trzy-cztery razy w miesiącu, a czasem i częściej. Z reguły kończy się na pierwszym akapicie artykułu tudzież rozdziale książki. Dlatego wzięłam sobie siebie na poważną rozmowę i rozmawiam tak: dlaczego się nie uczysz? Bo tyle rzeczy na głowie, bo to ciągłe szukanie w słowniku, bo nie rozumiem, blablaabla. A dlaczego musisz brać książki o judaizmie, artykuły o polityce lub gospodarce jako bazę do nauki? Hmm, tu zostaję ścięta z nóg i leżę sobie przez chwilę na podłodze rozważając potencjalne powstanie (w międzyczasie dostrzegam dwa pyłki kurzu i zaczynam organizować grupę sprzątającą), bo… wyduszam z siebie niczym wywołana do tablicy… bo… jąkam się, jak to bywało pod tablicą, gdy w głowie zero wiadomości na pytany temat, a mózg, jak na złość, na urlopie na żądanie… bo… lubię?Q? Masochizm, zapewne. Nastaje cisza, patrzymy na siebie, tak szczerze od serca. Głupiaś – krzyczy. Potakuję głową – głupiam – potwierdzam. Koniec aktu, można się rozejść! Wniosek jeden mnie nachodzi, że zbyt ambitnym też nie można być, bo się robi sobie samemu pod górkę. Zatem w przypływie olśnienia wpadłam na pomysł, że będę się uczyć włoskiego z gazet mniej ambitnych (boli, aj jak boli). Podało na magazyny kobiece (tak a propos to magazyny kulinarne nie miały dobrego wpływu poza tym, że słownictwo z tego działu opanowałam pewnie lepiej niż przeciętny Włoch :p). Wybrałam się więc pewnego pięknego dnia (a dokładnie wczoraj) do tzw. kiosku. Niebezpieczeństwo tego miejsca wynikało z faktu, że jest tam wiele gazet obcojęzycznych, więc mogła stracić silną wolę i uno kupić magazyn kulinarny (język bez znaczenia, z reguły i tak oglądam zdjęcia :p), due kupić jakiegoś Economista, tre w odruchu desperacji porwać się na Internazionale (czyli polityka plus ekonomia ze szczyptą społeczeństwa i kultury). Stoję w środku, patrzę na okładki i nic. Chodzę, marudzę sobie pod nosem i nic. Pan sprzedawca wodzi za mną zdziwionym wzrokiem, ale ostatecznie rezygnuje z aktu pomocy, pogrążając się w lekturze. Snuję się między kolejnymi działami, nic nie widzę. Przyszedł mi do głowy tytuł, szukam, nie widzę. Szukam dalej – nic. Snuję się jeszcze kolejne pięć minut i nic z tego nie wynika. Patrzę na te wszystkie magazyny obcojęzyczne (niewłoskie) i ręką sama sięga. Ale jestem dzielna. Patrzę w pewnym momencie na pana sprzedawcę i zdesperowanym głosem pytam się o tytuł. Nie ma. A to, ale po włosku? Nie ma, już się skończyło. A to? Też. A coś w tym stylu? Hmm, patrzy na mnie, kobiece magazyny są tutaj. Jest Elle na przykład lub Annamaria czy jakiś inny cud, którego imienia nawet nie potrafię powtórzyć. Klękam (sic!) przed półką. Biorę do ręki jeden egzemplarz i płakać mi się chce. Kolejny – to samo. Patrzę i nie wierzę własnym oczom. Sięgam po Elle. I … odpada mi prawie ręka. Bodutku, cóż to oni do tego dołożyli, książkę telefoniczną czy jak?Q? Ponieważ magazyn był zafoliowany nie miałam okazji mu się przyjrzeć. Naiwnie spojrzałam na grubość i stwierdziłam, że w takim ogromnie stron na pewno znajdę coś do czytania. Zatem zadźwigałam tę kobyłę do kasy, zapłaciłam całe 3 euro (inwestycja w naukę :p)! i udałam się do domu. Nadszedł wieczór. P miał jeszcze jakąś dodatkową fuchę, więc miał wrócić późno, dlatego też korzystając z okazji, usadowiłam się wygodnie na kanapie z kubkiem ciepłej herbaty (jeszcze nie grzeją, a wieczory już zimne się robią) i zabrałam za ‘lekturę’. Przerzucam ot tak kilka stron, przerzucam kolejne i jeszcze kolejne i już wiem, że to nie książkę telefoniczną dodali, tylko katalog reklam firm odzieżowych. Rozpoczynam poszukiwania czegoś co ma znamiona tekstu. Przewracam stronę po stronie, powoli, by nie przeoczyć potencjalnych bloków tekstowych, które liczę, że czają się w rogach, czy innych kątach stron. Po chwili zaczynam wątpić w możliwości percepcyjne moich oczu. Rozróżnianie kolejnych kurtek, butów, swetrów, czapek i torebek wydaje się sportem ekstremalnym. Tekstu jak nie było tak nie ma. Postanawiam działać metodycznie. Zabieram się od początku. Pierwsza strona – reklama, druga strona – reklama, trzecia strona – reklama, strona 120 – edytorial :o aż się zdziwiłam. Z ciekawości, a może bardziej z obawy, by nie powiedzieć rozpaczy, spojrzałam ile stron ma ten magazyn. Myślę, że zdecydowanie za dużo. Ostatecznie dotarłam do strony 344 i dowiedziałam się o jednej potencjalnie ciekawej książce o pani Wietnamce mieszkającej w Kanadzie, kątem oka zarejestrowałam jakieś wzmianki o wydarzeniach co bardziej kulturalnych, nowych filmach tudzież nowościach książkowych, gdzieś przewinęła się Julia Roberts, aczkolwiek nie wzbudza ona jakichś wielki we mnie emocji, Leonardo di Caprio (idem) i to by było na tyle. Aż boję się pomyśleć czego NIE ma na kolejnych 400 stronach. Odłożyłam więc tę cegłę na bok i pogrążyłam w rozmyślaniach. Nie! Skłamałabym, gdybym powiedziała, że ten magazyn wywołał u mnie jakąś refleksje. Siedziałam na kanapie i sama nie wiedziałam, co myśleć. Jako że nie pozwalam sobie na takie folgowanie jak niemyślenie, więc ostatecznie przemyśliwałam sobie ideę kobiecych magazynów w kontekście globalnym, innymi słowy czy magazyny odpowiadają na zapotrzebowania kobiet, czy kobiety ‘potrzebują’ tego, co im wmawia magazyn. I oczywiście, gdzie w tym wszystkim jestem JA. Poszło szybko. By zacząć od końca – doszłam do wniosku, że mnie nie ma, potem że magazyny kreują potrzeby, a nie odwrotnie, a na sam koniec stwierdziłam, że Ameryki to ja nie odkryłam na pewno i że nie chodziło o rozrachunek z życiem człowieka na łożu śmierci (tu już chyba przegięłam), ale by poczytać jakieś pierduty (przepraszam za wyrażenie) po włosku. Zadzwonił telefon. P. wraca i jest straaaaasznie głodny. Na twarz mą powraca uśmiech. Biorę się za kuchcenie – szczegół, że jest 22.oo – a w przerwach zaczytuję się w porywającym artykule o wpływie ekstremalnych warunków na człowieka jako jednostki i jako części społeczeństwa (zaczęło się od słynnego eksperymentu, gdzie na 500 dni zamknięto grupę osób w czymś przypominającym warunki statku kosmicznego) – po polsku. Pokrzepiające!

Sprostowanie. W dniu następnym postanowiłam podjąć kolejną próbę zmierzenia się ze wspomnianym magazynem i by być szczerą chyba nie jest AŻ tak źle. Znajdzie się nawet coś do poczytania, tylko dlaczego na zasadzie: przerywamy reklamy, by rzucić ze dwa akapity tekstu?Q? Ahjo, najwyraźniej nie rozumiem kultury obrazkowej. Właściwie to na każdym kroku przekonuję się, że chyba tylko przez przypadek nie ‘wyginęłam’ razem z dinozaurami. A mówią, że starsi ludzie nie rozumieją młodego pokolenia… a co ja mam wtedy powiedzieć?
Tyle. Życzę miłego, niezobowiązującego weekendu!

czwartek, 4 marca 2010

… o północy…

Próbuję ogarnąć nieład w mojej skromnej przestrzeni kosmicznej. Zapanować nad wszędziesiępanoszącymi kartkami papieru, długopisami, słownikami i innymi dobrodziejstwami najwspanialszej z cywilizacji. Piję kolejną kawę, choć oszukuję samą siebie. Decaf… placebo… zwał jak zwał. Liczy się kolejny łyk, kolejna nutka pseudoaromatu. I dostaję za swoje. Po wczorajszym piciu kawy, tym razem normalnej, z pełną zawartością kofeiny, o godzinie zdecydowanie niestosownej, dopadł mnie tego konsekwencyj o północy. Umówiona na randkę z Morfeuszem, zostałam wystawiona bezczebelnie do wiatru, a duło wczoraj niczego sobie, choć Xynthia, czy jak tam ona się zwała, nie szalała już tak dobiwszy się w te zapomniane rejony Europy.
Północ. Gaszę lampkę. Moszczę się w swoim łóżeczku i …. nic. Czekam. Przewracam się z jednego boku na drugi. Nic. Wielkie nic. Sen nie przychodzi. Myślę. Tak, pozwalam sobie na takie folgowanie od czasu do czasu, choć otwarcie się do tego nie przyznaję. Rozważam. Zapalenie światła i zabranie się za książkę. Zapalenie światła i podjęcie próby ogarnięcie alternatywnej aranżacji, która od jakiegoś czasu panuje w moim królestwie. Założenie słuchawek na uszy i słuchanie audiobooka. Nicnierobienie. Wygrywa opcja pierwsza. Zapalam lampkę. I… pęk. Ciemność. Ciemność widzę. Pozwalam sobie na chwilę intensywnego myślenia nad tym, co właściwie się wydarzyło. Reaguję – przynajmniej w mojej bardzo subiektywnej ocenie – bardzo szybko i nadzwyczaj efektywnie (efektowanie też – obijając się o metalową ramę łóżka, robiąc masę hałasu). Zapalam drugą lampkę. A-ha, tu Cię mam. Chciał mi przeszkodzić w mym nocnych zamiarach, ale nie takie ze mną numery. Jako osobnik o niewyjaśnionych i nie do końca zrozumiałych ciągotach do obszarów arktycznych, uwielbiam gdy jest ciemno za oknem, ale niekoniecznie już w środku. Także posiadam artylerię lamp, lampek wszelkiej maści, kiedyś wspieranych także przez kawalkadę świec, ale jakoś duszno mi się robiło w moim małym światku, więc świece stoją i się kurzą. Lamp dużych jednak nie lubię. Nie lubię jak rażą w oczy, oślepiają, zabierają wszelkie tajemnice i sekretne zakamarki pomieszczeń. Lubię zapalać kilka lampek – teraz wszyscy prośrodowiskowi, ekologiczni etc mogą zaczać sobie używać :p – tak że każda daje trochę światła, wystarczająco, by oświetlić róg poduszki, kilka grzbietów książek, łapki maskotki, jedną wskazówkę zegara, kubek z niedopitą kawą, rzucić cień na ścianę, pokryć mistyczną kurtyną kąty pokoju. Jest cicho, mrocznie, zupełnie bezsennie. Biorę książkę do ręki i zatapiam się w ‘świat przedstawiony’.
Rano otworzyłam oczy, zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że czas już wstawać. Oporządziłam się, sprysznicowałam i udałam do kuchni po poranną herbatę. Tam spojrzałam ponownie na zegarek. Była 7.38. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień :s
Pozdrawiam_

niedziela, 14 lutego 2010

Leniwa sobota

Nie upiekłam wczoraj chleba. Dzień był za ładny, by go spędzić w domu. Udało mi się namówić P na spacer, mimo że był padnięty po całym tygodniu ciężkiej pracy. Jak to często z naszymi spacerami bywa i ten zakończył się w księgarni. Ostatnio dużym łukiem omijame te zjawiska kulturalne, by zaoszczędzić sobie stresu i zbędnych myśli typu ' A może jednak kupię tę książkę, ponoć warto' lub 'Kupię, ale nie będę przygotowywać nic z tych przepisów, tylko obejrzę zdjęcia'. Tja, ta sama gadka, a efekt zawsze ten sam. Także stałam pośród regałów z książkami aż po sufit i aż oczy nie akomodowały od tego ogromu małych literek tytułów i autorów. Patrzyłam. Nie brałam do ręki, bo to oznaczałoby koniec. Dotknięte - moje. Także znalazłam, przez przypadek (sic!), Bruce'a Chatwina On the Black Hill, Agathę Christie lub raczej Mary Westmacott - nigdy nie czytałam żadnej z jej książek napisanej pod pseudonimem, a ponoć są równie interesujące, co kryminały :p - znalazłam Dickensa Great Expectations i in. Jednej książki szukałam, przyznaję bez bicia - Anne Dean Bellfiled Hall. Nieznalazłam, więc może i lepiej :p W pewnym momencie podchodzi P i pyta, czy znalazłam coś interesującego. Spojrzałam na niego i z rozbrajającą szczerościa odpowiedziałam... 'beh, znalazło by się coś... ewentualnie :o'. Wyszliśmy. Trochę zaczynają mnie niepokoić takie objawy masochismu u mnie. Ale tylko trochę. Hihihihihihi
Wieczoram natomiast udaliśmy się do kina. Tymrazem wybór był prosty, bo propozycja jaka padła z strony Luki, została zaakceptowana bez chwili wahania. Paranormal activity. Słyszeliście o tym filmie? Otóż ja widziałam trailer i pomyślałam sobie, że zapowiada się ciekawie. Potem jednak P podeslał mi artykuł, gdzie stało napisane, że film jest przerażający, nastolatki dostają ataku paniki, w ekstremum wchodzą w stan katatonii :s Err...hmmm... jest aż tak źle. Zaczęłam mieć wątpliwości. W sumie dlaczego miałabym się skazywać na męczarnie?Q? Nie można wybrać innego filmu, po którym byłaby nadzieja na wyjście o własnych siłach i przynajmniej relatywnie zdrowych zmysłach? Przemyśliwywałam sobie tę sprawę trochę :p Ostatecznie stwierdziałam, że nie może być tak źle. Że ludzie panikują, ale tak naprawdę nic się nie dzieje. Opcja niewypowiadana była, że w razie czego jest P. Lub wyjście ewakuacyjne :p Nie zaszła jednak potrzeba korzystania z żadnej z opcji. Film był nudny przez większośc czasu. Nie oczekiwałam, że będzie się lała krew litrami, będą latały flaki czy inne części ciała. To nie miał być horror tego typu. Spodziewałam się jednak większego wpływu na psychikę, na obrazy, emocje, które będą się tworzyły w mojej głowie przez subtelne sugestie z ekranu. Nic takiego nie miało miejsca. A jeszcze pod koniec filmu zrobiono przerwę :o - że jak?Q? przerywać w momencie, kiedy potencjalnie coś może się w końcu wydarzyć? Nie wierzę :s I jeśli coś miało się wydarzyć, jeśli jakiekolwiek napięcie zostało wywołane w głowach widzów, to właśnie w tym momencie wszystko zostało zniszczone. 
Z drugiej strony, jeśli spojrzeć na produkcję, która kosztowała 15000 dolarów, ograniczyła się do czterech aktorów i jednego domu, a zyski przebiły Avatar - ponoć, nie widziałam tego na własne oczy, więc podkreślam, że to tylko plotka - to wydaje się, że ktoś miał niezły pomysł! Bo pomysł sam w sobie jest ciekawy, aczkolwiek nieodkrywczy, czy nowatorski. Blair Witch Project zrobił na mnie większe wrażenie - nie, inaczej, BWP zrobiła na mnie wrażenie, nie spałam potem całą noc - i wynikało to zapewne z faktu, że był to film nowatorski, niemal pionierski. Ten natomiast odgrzewa trochę stare kotlety :p Ale dziewczyna jest dobra. Przekonała mnie, że się naprawdę boi. Choć nie ukrywam, że był moment, kiedy nie mogłam wytrzyamć ze śmiechu. Potem się okazało, że dla niektórych to był jeden z tych niewielu momentów, kiedy wzrostło im tętno. Może jestem jakaś inna :p
Generalnie nie polecam filmu jako wielkiego horroru, który przyprawi was o ataki paniki, wymioty i inne dobrodziejstwa przerażenia. Można obejrzeć, by móc się wypowiedzieć, ale sądze, że jest kilka innych propozycji w kinach, które można rozważyć przed tą!
Noc była spokojna :D
Życzę miłej niedzieli.

wtorek, 15 września 2009

Caffè, il mio caffè




Byłam dziś w księgarni. Niby ot tak wracając ze sklepu, postanowiłam wstąpić, że to prawie przez półmiasta to 'wracając ze sklepu' było, to już inna bajka. Ważne jest, że ostatecznie znalazłam się w księgarni i oczywiście udałam się do działu 'kulinaria', gdzie dostawałam spazmów jednego z drugim. Ale po kolei. Ostatnio przeczytałam na blogu u Liski o wspaniałej księgarnio-kawiarence-i-nie-wiadomo-co-jeszcze w Wiedniu i ... zamarzyłam się tam znaleść od razu. Raz, że wspaniałe miejsce jeśli chodzi o kulinaria, dwa, że ponoć dobrą kawę serwują. Że jednak od razu nie zadziałało, to nie pozostało mi nic innego jak przejść się do księgarniu za 'rogiem' (sic!). Była to jedna z molochów jakie tutaj mają, bez klimatu i bez kawiarni w środku. Co więcej, nie było nawet miejsca, by przycupnąć. Ale nie narzekałam, bo dział 'kulinaria' obszerny był. Pożądałam kawy, zarówno w postaci cieczy, jak i czarnych literek na białym tle. Od jakiegoś czasu szukam książki o kawie, ale nie takiej z kilkunastoma przepisami na napoje kawopochodze, kilku zdań o parzeniu kawy, dwa jej rodzaje i trzy zdjęcia młynków do kawy. Szukam czegoś z historią tego napoju, jak się znalazł w Europie i dlaczego stał się napojem numer jeden na świecie - chyba?Q? Innymi słowy czegoś konkretnego, bardziej 'dokumentalnego' niż seria ładnych zdjęć z paroma zdaniami opisu (aczkolwiek ładne zdjęcia filiżanek do kawy strasznie mnie pociągają ;p). Tak zatem zabrałam się za poszukiwanie. Dokładnie tego słowa należy użyć, bo okazuje się, że w kraju, gdzie kawę spożywa się hektolitrami, gdzie kawiarnie są na niemal każdym rogu i nikt nie wyobraża sobie życia bez tego czarnego wywaru, książek o nim jest niewiele. By nie powiedzieć, że jest to ilość znikoma. Tak więc stoję przed wielkim regałem, patrzę wino, wino, wino, wino (także książka z serii dla Dummies - w Polsce ładnie tłumaczonych na 'Bystrzaków'), pół regału książek o winie. Patrzę dalej alkohole, koktajle... niemalże płaczę i rwę włosy z głowy... czekolada - hmm, to też interesujący temat, ale o tym może kiedy indziej - gdy nagle wyłania się niczym z czeluści piekielnych diabelski napój. Wpadam w bardzo krótkotrawałą ekstazę, bo szybko robię rachunek i okazuje się, że książek jest dokładnie...4. Aha, myślę sobie, no dobrze, nie narzekaj ;p. Patrzę na ten niewielki zbiór i ręce mi opadają. Już wiem, że trzy z nich to książki, których na pewno nie kupię, bo mają kilkanaście przepisów, parę zdjęć i namiastki tekstu. Czwarta to, co innego. Jednak... nie ma rzeczy idealnych. Il completo libro del cafè przeraża formatem. Jest to album, ale większy niż taki typowy, bardzo nieporęczny, zdecydowanie nie nadaje się do czytania na kanapie, będąc wtulonym w poduszki, popijając kawę. Ale wszystko jest dla ludzi. Przeglądam zawartość. Jest dużo ładnych zdjęć, choć ilość tekstu nie powala. Jest trochę historii, faktów etc, parę przepisów, szczegółów i.... cena, która zniechęca. Nie mówię, że jest szokująco wysoka, bo ostateczenie jest to albumowe wydanie książki z wieloma zdjęciami, kredowym papierem i twardą okładką. Ale ja chciałabym za tę cenę trochę więcej treści. Niestety. Stoję wpatrzona w owe książki, po czym ponownie przebiegam regał wzrokiem w nadziei, że coś sie schowało przed moim wywiadem środowiskowym, że gdzieś są jeszcze inne pozycje na ten temat. Znajduję małą książeczkę zatytułowaną: Caffè'. Pensieri, parole e aromi. W pierwszech chwili nawet nie chcę po nią sięgnąć, bo zakładam niemal w punkcie, że nie zaskoczy mnie zawartością, co więcej rozczaruje i tyle będzie. Coś jednak mnie pcha, by chociaż rzucić okiem - jednym, by w razie czego zupełnie nie oślepnąć ;p. Przewracam karteczki tej mikro książeczki i ... podoba mi się. Choć nie ma tam rozdziału o historii, są wspaniałe zdjęcia, krótkie sentencje na temat kawy wypowiedziane/napisane przez znane postacie, anegdoty i niewielka ilość informacji co bardziej faktograficznej - wiecie ile kalorii ma espresso czyste, bez niczego? - i ... przepisy, ale nie takie zwykłe na kawę z bitą śmietaną czy mrożoną, ale na potrawy z kawą :D Miodzio, aż ślinka cieknie i tylko boli, bo P fanem kawy nie jest, więc pewnie nie będzie zachwycony takim menu. Mimo wszystko postanowiłam się bliżej zapoznać z tą pozycją i takim sposobem ląduje w moim koszyku. Ponieważ wyszłam tylko do sklepu, więc stwierdziłam, że powinnam się zbierać. Rzuciłam jeszcze tylko okiem na pozostałe półki z książkami kulinarnymi najróżniejszymi, podzielonymi na regiony, miasta, typy kuchni, typy jedzenia, przepisy babci, mnichów i innych władców kuchennych tasaków. Piękne zdjęcia, ładnie brzmiące nazwy, niektóre wydane w sposób imitujący starą książkę. Ahjo, chciałoby się jeszcze przez chwilę popatrzeć, zagłębić, pomarzyć. Pora jednak była wychodzić, więc zmusiłam swoją silną (sic!) wolę do działania - tzn. odłożenia tych książek, które jakimś bliżej nieokreślonym trafem znalazły się w moich rękach - i zwróciłam się ku wyjściu/kasie. Przechodząc jednak koło jednego stoiska zauważyłam, że pani ze sklepu pokazuje coś innej pani nie ze sklepu ;p i tak mało kulturalnie zerknęłam im przez ramię. Mym oczom ukazał się wielki napis Milano. Zaciekawiło mnie, tak wiem, byłam w drodze do wyjścia, ale ostatnio też chodzi za mną książka o Milanie, ale nie przewodnik, który mówi, że trzeba zobaczyć Duomo, Cenacolo i La Scalę, tylko coś bliższego ziemi, jakieś sekrety, legedny... historie z dreszczykiem. Także pozwoliłam sobie przystanąć obok pań i przynajmniej zapoznać się z tytułami książek na stole. Wszędzie Milan. Milan restauracje, Milan na fotografii, Milan i Navigli, Milan nocą... aż tu nagle patrzę... i oto była ona. To był właśnie ten moment. Ta chwila, kiedy wie się, że jest się na właściwym torze, że właśnie spełnia się marzenie, że to jest ten jedyny w swoim rodzaju moment. Leżała sobie grzecznie osaczona zabytkami, modą i innymi wynalazkami i aż prosiła, by ktoś ją dotknął, by ktoś ją chwycił w swoje dłonie i już nie wypuścił. Chciałam być tym kimś. Częściowo wyszło, ale po kolei. Książka miała tytuł Milano al cafè. I już wszystko jasne, prawda? Był to zbiór przeróżnych cząstek składowych życia kawiarnianego w Mediolanie. Historie sięgające XIX w. a może i wcześniej. Kopie oryginalnych zdjęć, reklam, szkice miasta, mapy stare z zaznaczonymi kawiarniami. Historia Mediolanu zapisana w kawie, czy też w kawiarnianym życiu. Cudo. Wpatrywałam się w tę książkę i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś jednak jest nie tak. I było. Zaporowa cena. Spojrzałam na nią i w pierwszej chwili chciałam sobie powiedzieć: 'A co tam, raz się żyje!', ale ostatecznie przyszwędał się rozsądek - zawsze kiedy jest najmniej potrzebny - i odłożyłam książkę na miejsce, mimo jej prostestów i zapierania się rogami. Spojrzałam jeszcze na nią ostatni raz i ruszyłam do kasy.
Wracając do domu biłam się z myślami, jakby to zrobić, żeby jak najszybiej wejść w posiadanie tego cudu. I nic. Matematyka jest nieubłagana, więc pewnie trzeba będzie trochę poczekać i odłożyć pieniądze. Ale nic, wiem, że jest i już nie mogę się doczekać naszego pierwszego spotkania przy espresso :D