Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niedziela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niedziela. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2011

Słoneczna niedziela

Od kilku dni nawiedzają nas niemal tropikalne (jak na te szerokości geograficzne) upały. W ciągu dnia ciężko funkcjonować, dopiero wieczór przynosi chwile ochłody. Przechadzamy się po mieście. Parki są pełne piknikujących, rozbrzmiewa muzyka, smażą się hamburgery czy inne kolby kukurydzy. Życie toczy się normalnym rytmem, powoli, majestatycznie. Oprowadzamy znajomego po centrum. Gdy docieramy w okolice katedry, atmosfera się zmienia... przy najmniej dla mnie. Odgrodzony policyjnymi barierkami fragment ulicy tonie w różach, norweskich flagach, listach do tych, których już nie ma i maskotkach, przypominających o beztrosce, która została tak drastycznie przerwana.

Patrzę na ludzi, których robią sobie zdjęcia przy zniczach i nie wierzę własnym oczom. Czuję dyskomfort. Stoję przez chwilę niczym zamurowana, po czym szybko odchodzę. Może jestem dziwna, a może...


The show is over. You are dismissed!


Czy można czuć winę, że świeci słońce, że jest wspaniały dzień, którego Ci, których odeszli, nie mogą doświadczyć? :s

niedziela, 17 lipca 2011

Niedzielna zbrodnia w jednym akcie

Pada. Nie, wróć, leje się z nieba wiadrami od samego rana. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest środek lipca. I nie ma perspektywy na szybką poprawę. Może dlatego popełniłam dziś zbrodnię, choć po cichu liczę, że ofiara przeżyje, co więcej będzie tryskać energią, albo lepiej pomidorami.

Nie wspominałam o tym, że kilka dni przed przeprowadzką nasza dziarska mikro gromadka powiększyła się o jednego osobnika. Choć ogrodnik ze mnie żaden, w przypływie nieuzasadnionego entuzjazmu przygarnęłam kikuta pomidora w pudełku po jogurcie. Biedak się trochę nacierpiał, więc zaraz po przeprowadzce dostał ładną, nową doniczkę i świeżą ziemię (barwne opowieści, jak kupowałam tę ziemię i patyk do przytrzymania roślinki pozostawię bez komentarza, by zachować jeszcze resztki godności chociażby w wirtualnym świecie). I miał się licho. Tzn. wg mnie licho, bo jakoś taki obwisły był, mało energiczny. Wtedy udałam się na poszukiwania informacji do wszechwiedzącego Google'a i dowiedziałam się, że pomidory potrzebują dużą doniczkę (jeśli w takowej są hodowane) i lubią być często podlewane. Pędem rzuciłam się do sklepu po większą doniczkę i od razu zabrałam się do pracy. I rósł sobie, choć mnie się wydawało, że nie tak znowu specjalnie dobrze wygląda. I znowu udałam się po radę do wszechwiedzącego wujka Google'a i okazało się, że hodowanie pomidora to wcale nie taka prosta rzecz, że to ciężka praca u podstaw (liście na dole trzeba obrywać ;p) i że rezultat, szczególnie w przypadku takiej ciemnoty jak ja, nie koniecznie musi zaowocować. Zatem wzięłam się za pielęgnację tego przybytku, najpierw przestudiowawszy zdjęcia pokazujące co i jak się usuwa. W ruch poszły także nożyce... i ucięłam mojemu pomidorowi 'skrzydła'... a miała takie wielkie aspiracje. Chciał być duży niczym sekwoja. I teraz czekam. Przyglądam mu się bacznie. Jakoś taki marny mi się wydaje 'chłopak'. Ale to może tylko szok pourazowy, może jak się już z niego otrząśnie, to i jakimś zalążkiem pomidora sypnie... marzenia ściętej głowy (sic!).

W ramach akcji pocieszania - nie wiem bardziej kogo - upiekłam muffiny czekoladowe. Czy pomidory lubią muffiny czekoladowe?

 Pomidor był na dworze, ale jakoś tak chwiał się pod nadmiarem wody i wiatru, więc wzięłam biedaka do środka :s (to zdjęcie nie jest bynajmniej nieobrócone, on taki właśnie zwisły jest :s)

Życzę miłego niedzielnego wieczoru.
D!


PS Jako niedoświadczony ogrodnik zapewne przedstawiłam tutaj zbiór największych herezji, jakie można popełnić w stosunku do rośliny. Jeśli ktoś jest w posiadaniu wiedzy, jak należy się z takim okazem obchodzi, wszelkie uwagi, komentarze i krytyki dzielnie przyjmę :o

niedziela, 10 lipca 2011

Śniadanie mistrzów

Od kilku dnia na przemian pada i świeci słońce. Pogoda zupełnie nieletnia, zniechęca do siedzenia na zewnątrz (odkąd mamy balkon łapię każdy promień słońca). Najchętniej 'goszczę' się więc na naszej nowej sofie z kubkiem gorącej kawy i jeśli czas pozwala z książką lub gazetą. Pewnie z powodu pogody też śniadania ostatnio u mnie zimowe. A od jakiegoś czasu chodziły za mną pancakesy. I znalazłam takie niemal idealne, z razowej mąki, tylko czasu rano nigdy nie było. Postanowiłam zrobić je na niedzielne śniadanie, kiedy okoliczności są bardziej sprzyjające. Kiedy wczoraj przygotowywałam się mentalnie do dzisiejszego śniadania, odkryłam 'placuszki owsiane' na blogu Foodhaven i wszystko stało się jasne. TO BYŁO TO!. Po niewielkich modyfikacjach (zamiana mleka na napój owsiany, dodanie także jagód do kilku ostatnich placków) ... uraczyłam się śniadaniem mistrzów. Usiadłam do stołu (mamy już takowy) zadowolona z efektu mojej pracy (wdzięczna za przepis) i delektowałam się zarówno placuszkami, jak i chwilą.
przed


po

A w ramach głodu intelektualnego (albo i nie do końca intelektualnego ;p) pożarłam dziś książkę Karin Fossum Black seconds. Przyznam się bez bicia, miałam potrzebę przeczytania dobrego kryminału, oderwania się i zrelaksowania, co paradoksalnie uzyskuję czytając kryminały. I nie zawiodłam się. Jest to sprawnie napisany kryminał, choć na początku trudno mi było się przestawić na to, że jest to tłumaczenie na angielski - z reguły unikam takich kombinacji, tzn. jeśli możliwe to czytam oryginał, jeśli nie, czytam po polsku - ale potem szło sprawnie i nawet to, że właściwie od początku się domyślałam co, jak i z czym, to mimo wszystko ostatnie 40 stron czytałam z wielkim skupieniem i napięciem, jakbym chciała krzyczeć, że to ten, że to tak było, bo ileż można zadawać pytań i ileż można milczeć. Jednym słowem dobre rzemiosło na niedzielny poranek.

Tyle :D

niedziela, 3 lipca 2011

urodzony 4 lipca...


Nie jestem lotnym uczniem. Pewne rzeczy docierają do mnie bardzo powoli. A może jestem po prostu uparta. W każdym bądź razie po raz kolejny okazało się, że czasem warto zmusić się do zrobienia czegoś, co nie do końca wydaje nam się atrakcyjne, bo w ostatecznym rozrachunku można zostać mile zaskoczonym. Ale do rzeczy.

Od kilku dni P. mówił o niedzielnym festynie organizowanym przez lokalną społeczność pewnego kraju zza oceanu, do którego to P. czuje wielką sympatię. Jako że ja sympatii takowej nie wykazuję, co więcej staram się unikać komentowania polityki, jaką prowadzi ten kraj, by nie wywoływać burzliwych debat, czy wręcz skandali, pomysł spędzenia niedzieli świętując najważniejszy dzień dla wspomnianego kraju nie wydawał mi się bardzo kuszący (TEN dzień jest co prawda jutro, ale impreza była dziś, a my jutro świętujemy urodziny, tego który urodził się 4 lipca ;p). Ostatecznie jednak poszliśmy. Nie mogę powiedzieć, że było fajnie. Oglądanie rzeszy ludzi obrzerających się żeberkami z grilla, hamburgerami, czy kolbami kukurdzy w takt piosenek śpiewanych do kotleta, nie należy do mojej ulubionej formy rozrywki. Krążyłam więc smętnie między stoiskami z jedzeniem, by w pewnym momencie dostrzec ‘wystawę’ klasyków automobilizmu zza oceanu. O samochodach wiem tyle, ile potrzeba, by je prowadzić. Czasem rozpoznaję markę, ale jak ktoś się pyta o więcej, to mówię, że mój ulubiony samochodu jest koloru butelkowej zieleni i najlepiej jeśli podpada pod kategorię jeep. Tyle. Jednak przyjrzałam się co dokładniej owym krążownikom szos, bo w sumie to ciekawe zjawisko i chyba po raz pierwszy w życiu widziałam tyle na raz i to jeszcze z bliska.


Ale ileż można oglądać auta. Wróciłam do przechadzania się po stoiskach aż tu nagle niespodziewajka. Przecieram oczy ze zdziwienia, bo oto przede mną stoisko z książkami. Rzucam się w jego kierunku i wnet dostrzegam plakat z napisem ‘paperback -10 kr., hardcover – 20 kr.’ Nie widziałam swojej twarzy, ale na pewno pojawił się na niej promienny uśmiech sygnalizujący niecne plany wejścia w posiadanie jakiegoś tomiszcza. Zaczęłam przeglądać zawartość pudeł, ot tak bez większego porządku, aż nagle pewne kobieta płaci za książkę. Rzucam oko ona tytuł i aż żołądek kurczy mi się w przypływie zazdrości – Margaret Atwood. Tytułu nie zdążyłam dojrzeć, ale nazwisko wystarczyło, żeby moje chaotyczne przerzucanie książek zmieniło się w systematyczne i poukładane oglądanie każdego egzemplarza w celu odnalezienia jakiejś perełki. I znalazłam, nawet nie jedną a dwie. Od dawna chodził za mną Chatwin – The Songlines oraz Capote – In cold blood. I proszę, jak na życzenia. Dodałam do tego jeszcze Gordimer July’s people, której co prawda nigdy nie czytałam, ale nazwisko przewijało się od czasu do czasu, więc postanowiłam się w końcu zapoznać bliżej. Ukontentowana moim zdobyczami, udałam się na poszukiwanie P. Jednak nie dawała mi spokoju Atwood. Może coś mi umknęło, może gdzieś tam leży jeszcze jakiś inny egzemplarz. Wróciłam do stoiska Biblioteki Kobiecego Klubu owego kraju i uśmiechnąwszy się do pani ‘za ladą’ rozpoczęłam kolejne przeszukiwanie. Nie wiem, jak to się stało, ale poprzednim razem umknął mi egzemplarz The good apprentice Iris Murdoch, teraz szybko znalazł drogę do mojej kolekcji zdobyczy. Żeby jednak szczęścia i nie było za mało pani ‘zza lady’ stwierdziła, że kupiłam tyle książek, że da mi większą siatkę i mogę brać, co chcę. Wpatruję się z niedowierzaniem… ‘naprawdę’ – mamroczę pod nosem. Ona potwierdza z rozbrajającym uśmiechem ‘Nie chcemy tego wozić z powrotem’. Nie musi powtarzać tego dwa razy. Rzucam się niczym narkoman po odwyku na widok ‘działki’ pakować do siatki to, co wydaje mi się warte przeczytania. O tak, jestem wybredna, bo choć darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, to jednak nie biorę wszystkich książek jak leci. Wybrzydzam, bo mogę. Wspaniałe to uczucie. W ostatecznym rozrachunku wynoszę 11 książek. Niestety dwóch książek, które odłożyłam wcześniej, bo stwierdziłam, że nie mogę sobie tak pobłażać, mając w perspketywie zakupy do mieszkania, już nie było. Trudno.


Dziś rano rozmawialiśmy z P. o zakupie biblioteczki. Stwierdziłam, że na tym etapie nie jest to mebel absolutnie niezbędny, że są ważniejsze rzeczy. Teraz jednak chyba trzeba będzie rozważyć i biblioteczkę. Kieliszki albo kwiatki będą musiały poczekać na swoją turę.

Tymczasem siedzę sobie na balkonie naszego nowego mieszkania (w którym echo może ‘przemieszczać’ się bez przeszkód – czytaj jest zupełnie puste) i napawam się widokiem mojego stosiku książek. Dobrze że zima jest długa w tym kraju. Będzie czas na czytanie.

Ps A i Margaret Atwood się znalazła. Pełnia szczęścia. Ostatecznie pomysł z festynem nie był taki zły ;)

niedziela, 20 marca 2011

Kolejna niedziela...

Niedziela, oaza spokoju i wolno biegnącego czasu... w teorii, w praktyce bywa różnie. W praktyce są informacje przekazywane na czerwonym pasku z opisem 'PILNE', 'Z OSTATNIEJ CHWILI' i już wiadomo, że niedzielny spokój został zachwiany. Nie śledzę na bieżąco informacji, jednak zapewniam sobie stosowną, nie przekraczającą norm dawkę dzienną, która umożliwia zachowanie trzeźwości umysłu, ale jednocześnie stawia do pionu. Świat za oknem kusi delikatnie muskającymi dachy promieniami już prawie wiosennego słońca, ciszą poranka, przerywaną tylko rytmicznym stukotek przejeżdżającego od czasu do czasu tramwaju. Świat za oknem szepcze, że jest wspaniale. Patrzę przez okno i chcę mocno w to wierzyć. Świat za moim oknem jest w rzeczy samej sielanką. Ale to tylko za moim oknem. Za czymś innym oknem, jeśli takowe w ogóle posiada, świat jawi się jako chaos o nieokreślonych rozmiarach i nieprzewidywalnej przyszłości. Świat za czyimś innym oknem dyktowany jest przez panów zza biurek, którzy umieją ładnie mówić o trudnych tematach i którzy lubią rysować czołgi ołówkami na pięknie czerpanym białym papierze. Ich słowa niczym karabin maszynowy wypluwają wszelkie niebezpieczeństwa, draństwa i akty przemócy przeciwko świętym prawom hołdowanym przez cywilizowaną cywilizację (sic!). A mnie na myśl przychodzi, patrząc wciąż na sielankę za moim oknem, Orwell i Rok 1984, Nowy, wspaniały świat Huxleya, czy ostatnio czytana Atwood Oryks i Derkacz. Pozwalam sobie na chwilę folgowania moich zachciankom i łudzę się, że to, co się dzieje, to, co się jeszcze ma wydarzyć, stanie się kanwą superprodukcji hollywoodzkiej, która -paradoksalnie - mam nadzieję wejdzie na ekrany kin za parę lat.

Gubię się już naprawdę w tym wszystkim. Patrzę przez okno i oślepia mnie blask słońca. Przez chwilę widzę tylko 'mleko' i gdzieniegdzie jakieś kontury. Obym tylko nie zrobiła nic głupiego w tym czasie... potem wszystko wróci do normy...chyba....

czwartek, 18 listopada 2010

Niedzielny wieczór

Po długich namowach, udało mi się wyciągnąć P. na mecz. Kiedyś mieszkałam dosłownie pięć minut od lodowiska. Chyba nie trzeba tłumaczyć, że bywałam częstym gościem zarówno jako widz, jak i amator łyżwiarstwa. Brakuje mi tego. Bardzo. Dlatego namiastka tego, co kiedyś było codziennością. Dziś jest atrakcja, choć atmosfera nie ta sama, kolory nie te same, pewnie i nawet lód inny.


Zimno, zapach gorącej czekolady, świst kija, uderzenie krążka o bandę. Sama radość!

poniedziałek, 19 października 2009

Niedzielne pobojowisko

O dziwo nie było ciężko wstać po tym, jak o drugiej w nocy wróciliśmy z imprezy urodzinowej. Ku mojemu zdumieniu rozpierała mnie energia i chęć do działania. Nastawiłam więc sobie codzienną herbatkę zieloną, usiadłam przy stole i … wsłuchiwałam się w przyjemnie kojącą ciszę niedzielnego poranka. Wzięłam książkę do ręki – tak a propos to o tej książce jeszcze będzie ;). Nazywa się ‘Black gold. A dark history of coffee’ Anthony’ego Wilda i zdecydowanie postanowiłam się podzielić moim refleksjami na jej temat, tylko ostatnio nie mam za bardzo czasu na czytanie, więc należy uzbroić się w cierpliwość :D – ale czytanie mi nie szło. Miałam potrzebę działania, zrobienia czegoś, by nie użyć wielkiego słowa pt. stowrzenie.

Powstało tiramisù* w wersji Montignakowej.



Na samym wstępie zaznaczę, że wielkim fanem tego deseru nie jestem. Kawę, a owszem lubię, to raczej wiedza powszechna. Jednak pozostałe składniki w swojej kombinacji nie wywołują stanu euforii jak u niektórych innych osobników. Niemniej jednak można od czasu do czasu dogodzić większości i zrobić coś bardziej pod ich gusta niż mój. A że lubię wyzwania, to już chyba też tajemnicą nie jest, więc postanowiłam przygotować owy deser … Włochom :D Dodajmy do tego perwersję ciągłego eksperymentowania i mamy pełny obraz mojej naiwnej działalności.
W ruch poszedł mój dobry przyjaciel mikser. Już na początku się okazało, że zapomniałam się zaopatrzyć w jajka, więc oczywiście ich ilośc nie do końca się zgadzała z wytycznymi. Zdarza się, mówię sobie i dalej miksuję, zasłuchana w kakafonię odgłosów miksera. Na palniku ‘prokurowała się’ kawa, na blacie obok drżały przerażone swoją perspektywą biszkopty i tylko ricotta wymownie milczała, ale może wynikało to z faktu, że była szczelnie zamknięta przez wieczko, hmm, dekiel, no zakrętkę, er pudełko** …;P Praca się posuwała. Miska wypełniła się, i całą kuchnię, zapachem świeżej kawy, masa jajkowo-fruktozowa połączyła się w jedność i z niecierpliwością oczekiwała sera. Biszkopty pogodziły się już ze swoimi przeznaczeniem, a może tylko dobrze udawały, bo ostatecznie wiedziały, że dla nielicznych ta walka nie będzie ostatnią. Byłam w niebie. Od czasu do czasu zaglądałam do przepisu, który był tak krótki, że aż wydawał się być za łatwy do zapamiętania, więc moja wrodzona niepewność nakazywała mi się wspierać na wiedzy starszych, bardziej doświadczonych. I nadszedł moment rzezi biszkoptowej. Tylko nie mówcie nikomu, w przypadku jakiegokolwiek śledztwa wyprę się wszystiekgo, zaprzeczę każdemu faktowi, który będzie na moją niekorzyść, ale sypać innymi nazwiskami też nie będę. Także poszły niewiniątka na pewną śmierć, straszną, przerażającą, przez utopienie. Świadomość sprawy, za którą zginieli powinna jednak dodawać otuchy. Albowiem był to eksperyment dla dobra ludzkości, akt twórczy mający dać radość i zadowolenie, poczucie spełnienia i satysfakcji. Wypełniły się więc miseczki utopionymi biszkoptami, żeby nie było im za dobrze, zalano je jeszcze masą serowo-jajeczną i na koniec dla osłody – (sic!) – gorzka czekolada. Spojrzałam na efekt swoich niecnych poczynań. ‘Miejmy nadzieję, że się nie potrują’ przeszło mi przez głowę i nie chodziło tu o biedne biszkotpy.










Chciałam się zatrzymać na chwilę. Dotknąć jej, pomilczeć razem lub wdać się w rozmowę o sensie egzystencjalnym, o mistycyzmie Majmonidesa według Spinozy i absolucie Hegla lub o konieczności zakładania kasków ochronny podczas przechodzenie pod rusztowaniami. Jednak nie było czasu, bo pole bitwy, jakie powstało po moich działaniach, wymagało natychmiastowych działań resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Sprzątanie ma w sobie coś z nemesis. Akt twórczy przywracający porządek i harmonię rzeczywistości nas otaczającej. Ogromna siła kształtowania tej rzeczywistości, formowania jej. Apoteoza ładu.

Oglądacie czasem kryminały amerykańskie? Przyznaję się bez bicia, że jest to mój kolejny nałóg, czy jakby to nazwać. Uwielbiam kryminały zarówno w wersji ekranowej jak i papierowej. Ale dlaczego o tym wspominam, otóż jest taki moment gdy dzielni, szalenie inteligentni detektywi zdają sobie sprawę, że mają doczynienia z mordercą seryjnym. Co zazwyczaj o tym świadczy? Modus operandi. Zgadza się, taki otóż model często też oznacza, że sprawca zabiera trofea, cokolwiek by to nie miało być. Czasem są to jakieś przynależności ofiary, nierzadko części samych ofiar :o lub ich zdjęcia. Teraz chyba już wiecie do czego zmierzam? Zdjęcia moich wynalazków to takie trofea. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam się zastanawiać czy może coś jest ze mną nie tak. Potem uświadomiłam sobie, że samo robienie zdjęć to nic. Publikowanie ich w necie to już szczyt śmiałości :p Ale że nie jestem w tym szaleństwie osamotniona, co więcej obszerność niektórych blogów skazywałaby ich autorów na lata świetlna za kratami, więc uspokojona kontynuowałam dokumentowanie efektów swojej aktyności :D

Tiramisù smakowało. Ofiarność biszkoptów nie poszła na marne.

Basta:D

*Przepis na tiramisu:
(przepis pochodzi z książki 'Menu per dimagrire' M. Montignaka)


Składniki na porcje dla dwóch osób:
60 g biszkoptów typu Pavesini (nie wiem czy takowe się dostanie w Polsce, generalnie są to lżejsze, mniej kaloryczne biszkopty, nie takie typowe)
250 g ricotty light - ja nie dostałam akurat, więc użyłam zwykłej
40 g fruktozy
2 żółtka
180 ml kawy - w oryginale jest napisane ristretto, także musi być dość mocna
10 g kakao gorzkiego

Preparacja:
Żółtka wraz z fruktozą ubić mikserem, czy czymkolwiek macie pod ręką, na homogeniczną - uwielbiam to słowo, pojawia się często we włoskich przepisach ;) - masę.
Następnie dodać ricottę, zmiksować i przepuścić przez sito interrogacyjne. Choć samo sitko też wystarczy.
Przygotować kawe. Utopić w niej biszkopty - wystarczy chwila w przypadku biszkoptów typu Pavesini - i ułożyć jedną wartwę w miseczkach. Na biszkoptach ulożyć warstwę serowo-jajeczną, tak ze dwie łyżeczki, żeby zakryć biszkopty. Ułozyć kolejną warstwę topielców i przykryć resztą masy ricottowej.
Wierzch posypać kakao.
Wstawić do lodówki i ćwiczyć silną wolę przez co najmniej godzinę. Potem można sobie pofolgować.

** Myślę, że nie trzeba wyjaśniać do jakiego kultowego filmu to się odnosi ;p