Pojechaliśmy do Drobak, niewielkiego miasteczka godzinę drogi z Oslo. Sama trasa w dużej mierze wiodła przez obwodnicę, więc krajobrazy nie były zachwycające. Jednak w miarę zbliżania się do celu zaczęły pojawiać się małe mieściny, wąskie uliczki, fjord w oddali, pola. I najważniejsze - słońce. Według prognoz przedpołudnie miało być pochmurne, ale potem pełne słońce i błękitne niebo. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu było dokładnie, jak przepowiedziano (sic!)
Nie obyło się bez małego co nieco. Przyjemna knajpka, ale obsługa typowo norweska ;) Muffinka była dobra, choć bardzo słodka, espresso standardowo przeciętne.
Zaskoczenie. Jabłka o tej porze roku na tej szerokości geograficznej? Aż chciało się zerwać choć jedno :p
Taaaa, to był zdecydowanie przyjemnny dzień :D
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 października 2011
piątek, 28 stycznia 2011
czwartek, 2 grudnia 2010
Powroty
Wstaję przed świtem
odsłaniam roletę... pada... śnieg.
Budzę P. i mówię, że pada... śnieg!
Włączam komputer, wyszukuję stronę
przecieram oczy, bo wierzę, że o 5 nad ranem
jeszcze ciągle nie akomodują
we właściwy sposób.
Jedziemy mimo wszystko.

Czekanie. Zawsze czekanie...
jakby nikt nie pamiętał, że
Godot nie przychodzi, że należy zmienić lekturę!

Kupuję kawę, rogalika, gazetę...

Łapię chwilę, gdy mgła albo osiada
albo się podnosi
jeszcze nie wiem
liczę, że się wypogodzi.

Nigdy nie byłam dobra z matematyki.
Ale tej nocy śpię we własnym, cieplutkim łóżku.
poniedziałek, 22 marca 2010
bułka z jogurtem raz!
Rozmowy do późnych godziny, litry kawy, lata rozłąki. Zero gotowania. Tylko bułki upieczone zawczasu i dokupione w międzyczasie jogurty.
Niesamowite jak czas szybko leci. Wydaje się, że ledwo się skończyło szkolę, studia jeszcze wciąż prześladują w koszmarach sennych i nagle bum... to już szmat czasu. Niemal wieczność - no dobrze, aż tak źle nie jest. Jednak wszystko wywołuje wrażenie, jak wspomnienia z dzieciństwa. Powracają słowa, imiona, obrazy, także smaki i zapachy. Odwiedziny dawno niewidzianej osoby, to nie tylko pretekst do długich, nocnych rozmów o życiu etc., ale też powrót do przeszłości kulinarnej. Gdy patrzę wstecz na to, co i jak jadłam kiedyś, wydaje mi się to epoką kamienia łupanego. Nie chodzi tylko o to, że teraz staram się jeść co bardziej zdrowo - ponoć ludziom odbija na starość, mnie chyba zaczęło się trochę wcześniej :p - ale generalnie jadło się normalnie, bez tej całej schizofrenii i paranoi jaka się narodziła zupełnie nagle, niespodziewanie, boleśnie. Mam czasem, by nie powiedzieć często, takie wrażenie, że dziś już nie można jeść spokojnie, nie myśląc o kaloriach, indeksach glikemicznych, wyższość nierafinowanej żywności nad fast foodami, otyłości, cukrzycy etc. (można sobie dopisać całą listę wg uważania.). W przeszłość odeszły czasy drożdżówek na drugie śniadanie w szkole i mocno przesłodzonych soków w kartonikach - bo z każdej strony krzyczą, że trzeba uważać, że za słodka, że niewiadomocojeszczeiilejeszcze. I pewnie mają rację ci co krzyczą, bo czas też się zmieniają, nawet jeśli ciężko to zaakceptować. Tylko w duszy się cieszę, tak sama dla siebie, że załapałam się jeszcze na kawałek normalnych czasów. Teraz za drożdżówkę podziekuję, z różnych powodów. Z soków pijam najchętniej wodę (sic!), a do fastfoodowych restauracji wchodzę w potrzebie fizjologicznej. I żyję, choć ponowne odkrycie jogurtu o smaku truskawki - nie odtłuszczonego, najnormalniejszego z wszelkimi niedobrodziejwstawi produkcji - z bułką (dobrze, bułka własnej roboty z mąki z pełnego przemiału) było wniebowzięciem... i takie cuda się czasem normalnemu człowiekowi przydarzają. Bułka i kubek jogurtu o smaku truskawkowym był podstawowym daniem drugośniadaniowym w którejś klasie liceum - już nie pamiętam. Biegło się do sklepu po w-f-ie, siadało się na schodach i bułką wygarniało jogurt. Miód w gębie. Jak niewiele trzeba, by człowiek był szczęśliwy. (Był też rosół z kur bez piór, czyli proszek superkubek, który pewnie nawet nie stał w pobliżu czegokolwiek co mogłoby mieć związek z rosołem).
Przez trzy dni właściwie nie gotowałam, bo szkoda było czasu. Dolewałam tylko kawy i rozmwiałyśmy i rozmawiałyśmy. Ale dziś upiekłam chleb. A jakże, razowy, wg Montignaka, ale to nic. Jest wspaniały, a jogurt poziomkowy - tak to jest jak się niedokładnie czyta etykiety :p - czeka na bliższe spotkanie.
O radości!!!
czwartek, 4 marca 2010
… o północy…
Próbuję ogarnąć nieład w mojej skromnej przestrzeni kosmicznej. Zapanować nad wszędziesiępanoszącymi kartkami papieru, długopisami, słownikami i innymi dobrodziejstwami najwspanialszej z cywilizacji. Piję kolejną kawę, choć oszukuję samą siebie. Decaf… placebo… zwał jak zwał. Liczy się kolejny łyk, kolejna nutka pseudoaromatu. I dostaję za swoje. Po wczorajszym piciu kawy, tym razem normalnej, z pełną zawartością kofeiny, o godzinie zdecydowanie niestosownej, dopadł mnie tego konsekwencyj o północy. Umówiona na randkę z Morfeuszem, zostałam wystawiona bezczebelnie do wiatru, a duło wczoraj niczego sobie, choć Xynthia, czy jak tam ona się zwała, nie szalała już tak dobiwszy się w te zapomniane rejony Europy.
Północ. Gaszę lampkę. Moszczę się w swoim łóżeczku i …. nic. Czekam. Przewracam się z jednego boku na drugi. Nic. Wielkie nic. Sen nie przychodzi. Myślę. Tak, pozwalam sobie na takie folgowanie od czasu do czasu, choć otwarcie się do tego nie przyznaję. Rozważam. Zapalenie światła i zabranie się za książkę. Zapalenie światła i podjęcie próby ogarnięcie alternatywnej aranżacji, która od jakiegoś czasu panuje w moim królestwie. Założenie słuchawek na uszy i słuchanie audiobooka. Nicnierobienie. Wygrywa opcja pierwsza. Zapalam lampkę. I… pęk. Ciemność. Ciemność widzę. Pozwalam sobie na chwilę intensywnego myślenia nad tym, co właściwie się wydarzyło. Reaguję – przynajmniej w mojej bardzo subiektywnej ocenie – bardzo szybko i nadzwyczaj efektywnie (efektowanie też – obijając się o metalową ramę łóżka, robiąc masę hałasu). Zapalam drugą lampkę. A-ha, tu Cię mam. Chciał mi przeszkodzić w mym nocnych zamiarach, ale nie takie ze mną numery. Jako osobnik o niewyjaśnionych i nie do końca zrozumiałych ciągotach do obszarów arktycznych, uwielbiam gdy jest ciemno za oknem, ale niekoniecznie już w środku. Także posiadam artylerię lamp, lampek wszelkiej maści, kiedyś wspieranych także przez kawalkadę świec, ale jakoś duszno mi się robiło w moim małym światku, więc świece stoją i się kurzą. Lamp dużych jednak nie lubię. Nie lubię jak rażą w oczy, oślepiają, zabierają wszelkie tajemnice i sekretne zakamarki pomieszczeń. Lubię zapalać kilka lampek – teraz wszyscy prośrodowiskowi, ekologiczni etc mogą zaczać sobie używać :p – tak że każda daje trochę światła, wystarczająco, by oświetlić róg poduszki, kilka grzbietów książek, łapki maskotki, jedną wskazówkę zegara, kubek z niedopitą kawą, rzucić cień na ścianę, pokryć mistyczną kurtyną kąty pokoju. Jest cicho, mrocznie, zupełnie bezsennie. Biorę książkę do ręki i zatapiam się w ‘świat przedstawiony’.
Rano otworzyłam oczy, zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że czas już wstawać. Oporządziłam się, sprysznicowałam i udałam do kuchni po poranną herbatę. Tam spojrzałam ponownie na zegarek. Była 7.38. Nie ma to jak dobrze zacząć dzień :s
Pozdrawiam_
sobota, 27 lutego 2010
O 15.34; Pani już podziękujemy...
Idealny poranek. Marzenie spełnione. Blask słońca. Dobra kawa. Słowa. Zapisane czarno na białym. Wydrukowane. Podane do wiadomości publicznej. Ja.
O 9 z minutami kupowałam gazetę poranną - pominę fakt szybkiej mobilizacji wynikającej z mojego braku umiejętności czytanie ze zrozumieniem ;P - o 15.34 kończyłam ją czytać. Czuję się spełniona dziś! Świat jest piękny, nawet z tymi hałdami śniegopodobnymi za oknem, chlapą i bliżej nieokreśloną tendencją roztopową.
Kiedy ostatni raz zdarzyło się Wam spędzić cały ranek i znaczną część południa na czytaniu gazety i popijaniu kawy? Mimo kłopotów z pamięcią, jestem przekonana, że mnie ostatnimi czasy się to nie przytrafiało. Dziś sobie pofolgowałam. Dziś odmówiłam wszelkiego odwiedzania, rozmawiania, pisania. Dziś rozsiadłam się przy stole. Rozłożyłam gazetę, postawiłam filiżankę kawy i pozwoliłam się pochłonąć słowu pisanemu. Dziś byłam w niebie.
Przeczytałam ciekawy artykuł o Amelii Earhart. Naszła mnie myślorefleksja - choć to pewnie tautologia, ale to już szczegół - o bohaterach, o wyzwaniach, marzeniach i odwadze, by je realizować. Potem w ramach rozważań nad filmem 'W chmurach', o którym to miałam napisać, ale jakoś jeszcze się nie złożyło, poczytałam sobie o zobowiązaniach, relacjach międzyludzkich i także tutaj nie zabrakło kontekstu samorealizacji i dążenia do wyznaczonych sobie celów tudzież bycia sobą. Następnie na tapecie pojawił się Obama,, kryzys gospodarczy, ale o polityce/ekonomii tutaj pisać nie chcę. Na koniec Kapuściński i debata na temat jego ostatniej biografii.
Teraz muszę sobie przetworzyć te informacje, zastanowić się nad ich konsekwencjami dla mnie. Już wiem, że muszę poszukać biografii Amelii, poczytać Kapuścińskiego... a to dopiero początek list rzeczy do zrobienia. Czasem niebezpiecznie jest pozwolić sobie na folgowanie :o oh joy!!!
Pozdrawiam sobotnio.
Etykiety:
Earhart,
gazeta,
Kapuściński,
kawa,
poranek,
W chmurach
poniedziałek, 19 października 2009
Niedzielne pobojowisko
O dziwo nie było ciężko wstać po tym, jak o drugiej w nocy wróciliśmy z imprezy urodzinowej. Ku mojemu zdumieniu rozpierała mnie energia i chęć do działania. Nastawiłam więc sobie codzienną herbatkę zieloną, usiadłam przy stole i … wsłuchiwałam się w przyjemnie kojącą ciszę niedzielnego poranka. Wzięłam książkę do ręki – tak a propos to o tej książce jeszcze będzie ;). Nazywa się ‘Black gold. A dark history of coffee’ Anthony’ego Wilda i zdecydowanie postanowiłam się podzielić moim refleksjami na jej temat, tylko ostatnio nie mam za bardzo czasu na czytanie, więc należy uzbroić się w cierpliwość :D – ale czytanie mi nie szło. Miałam potrzebę działania, zrobienia czegoś, by nie użyć wielkiego słowa pt. stowrzenie.
Powstało tiramisù* w wersji Montignakowej.
Na samym wstępie zaznaczę, że wielkim fanem tego deseru nie jestem. Kawę, a owszem lubię, to raczej wiedza powszechna. Jednak pozostałe składniki w swojej kombinacji nie wywołują stanu euforii jak u niektórych innych osobników. Niemniej jednak można od czasu do czasu dogodzić większości i zrobić coś bardziej pod ich gusta niż mój. A że lubię wyzwania, to już chyba też tajemnicą nie jest, więc postanowiłam przygotować owy deser … Włochom :D Dodajmy do tego perwersję ciągłego eksperymentowania i mamy pełny obraz mojej naiwnej działalności.
W ruch poszedł mój dobry przyjaciel mikser. Już na początku się okazało, że zapomniałam się zaopatrzyć w jajka, więc oczywiście ich ilośc nie do końca się zgadzała z wytycznymi. Zdarza się, mówię sobie i dalej miksuję, zasłuchana w kakafonię odgłosów miksera. Na palniku ‘prokurowała się’ kawa, na blacie obok drżały przerażone swoją perspektywą biszkopty i tylko ricotta wymownie milczała, ale może wynikało to z faktu, że była szczelnie zamknięta przez wieczko, hmm, dekiel, no zakrętkę, er pudełko** …;P Praca się posuwała. Miska wypełniła się, i całą kuchnię, zapachem świeżej kawy, masa jajkowo-fruktozowa połączyła się w jedność i z niecierpliwością oczekiwała sera. Biszkopty pogodziły się już ze swoimi przeznaczeniem, a może tylko dobrze udawały, bo ostatecznie wiedziały, że dla nielicznych ta walka nie będzie ostatnią. Byłam w niebie. Od czasu do czasu zaglądałam do przepisu, który był tak krótki, że aż wydawał się być za łatwy do zapamiętania, więc moja wrodzona niepewność nakazywała mi się wspierać na wiedzy starszych, bardziej doświadczonych. I nadszedł moment rzezi biszkoptowej. Tylko nie mówcie nikomu, w przypadku jakiegokolwiek śledztwa wyprę się wszystiekgo, zaprzeczę każdemu faktowi, który będzie na moją niekorzyść, ale sypać innymi nazwiskami też nie będę. Także poszły niewiniątka na pewną śmierć, straszną, przerażającą, przez utopienie. Świadomość sprawy, za którą zginieli powinna jednak dodawać otuchy. Albowiem był to eksperyment dla dobra ludzkości, akt twórczy mający dać radość i zadowolenie, poczucie spełnienia i satysfakcji. Wypełniły się więc miseczki utopionymi biszkoptami, żeby nie było im za dobrze, zalano je jeszcze masą serowo-jajeczną i na koniec dla osłody – (sic!) – gorzka czekolada. Spojrzałam na efekt swoich niecnych poczynań. ‘Miejmy nadzieję, że się nie potrują’ przeszło mi przez głowę i nie chodziło tu o biedne biszkotpy.
Chciałam się zatrzymać na chwilę. Dotknąć jej, pomilczeć razem lub wdać się w rozmowę o sensie egzystencjalnym, o mistycyzmie Majmonidesa według Spinozy i absolucie Hegla lub o konieczności zakładania kasków ochronny podczas przechodzenie pod rusztowaniami. Jednak nie było czasu, bo pole bitwy, jakie powstało po moich działaniach, wymagało natychmiastowych działań resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Sprzątanie ma w sobie coś z nemesis. Akt twórczy przywracający porządek i harmonię rzeczywistości nas otaczającej. Ogromna siła kształtowania tej rzeczywistości, formowania jej. Apoteoza ładu.
Oglądacie czasem kryminały amerykańskie? Przyznaję się bez bicia, że jest to mój kolejny nałóg, czy jakby to nazwać. Uwielbiam kryminały zarówno w wersji ekranowej jak i papierowej. Ale dlaczego o tym wspominam, otóż jest taki moment gdy dzielni, szalenie inteligentni detektywi zdają sobie sprawę, że mają doczynienia z mordercą seryjnym. Co zazwyczaj o tym świadczy? Modus operandi. Zgadza się, taki otóż model często też oznacza, że sprawca zabiera trofea, cokolwiek by to nie miało być. Czasem są to jakieś przynależności ofiary, nierzadko części samych ofiar :o lub ich zdjęcia. Teraz chyba już wiecie do czego zmierzam? Zdjęcia moich wynalazków to takie trofea. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam się zastanawiać czy może coś jest ze mną nie tak. Potem uświadomiłam sobie, że samo robienie zdjęć to nic. Publikowanie ich w necie to już szczyt śmiałości :p Ale że nie jestem w tym szaleństwie osamotniona, co więcej obszerność niektórych blogów skazywałaby ich autorów na lata świetlna za kratami, więc uspokojona kontynuowałam dokumentowanie efektów swojej aktyności :D
Tiramisù smakowało. Ofiarność biszkoptów nie poszła na marne.
Basta:D
*Przepis na tiramisu:
(przepis pochodzi z książki 'Menu per dimagrire' M. Montignaka)
Składniki na porcje dla dwóch osób:
60 g biszkoptów typu Pavesini (nie wiem czy takowe się dostanie w Polsce, generalnie są to lżejsze, mniej kaloryczne biszkopty, nie takie typowe)
250 g ricotty light - ja nie dostałam akurat, więc użyłam zwykłej
40 g fruktozy
2 żółtka
180 ml kawy - w oryginale jest napisane ristretto, także musi być dość mocna
10 g kakao gorzkiego
Preparacja:
Żółtka wraz z fruktozą ubić mikserem, czy czymkolwiek macie pod ręką, na homogeniczną - uwielbiam to słowo, pojawia się często we włoskich przepisach ;) - masę.
Następnie dodać ricottę, zmiksować i przepuścić przez sito interrogacyjne. Choć samo sitko też wystarczy.
Przygotować kawe. Utopić w niej biszkopty - wystarczy chwila w przypadku biszkoptów typu Pavesini - i ułożyć jedną wartwę w miseczkach. Na biszkoptach ulożyć warstwę serowo-jajeczną, tak ze dwie łyżeczki, żeby zakryć biszkopty. Ułozyć kolejną warstwę topielców i przykryć resztą masy ricottowej.
Wierzch posypać kakao.
Wstawić do lodówki i ćwiczyć silną wolę przez co najmniej godzinę. Potem można sobie pofolgować.
** Myślę, że nie trzeba wyjaśniać do jakiego kultowego filmu to się odnosi ;p
Etykiety:
biszkopty,
Black gold,
kawa,
Montignac,
niedziela,
rozważania,
Spinoza,
tiramisù
wtorek, 15 września 2009
Caffè, il mio caffè
Byłam dziś w księgarni. Niby ot tak wracając ze sklepu, postanowiłam wstąpić, że to prawie przez półmiasta to 'wracając ze sklepu' było, to już inna bajka. Ważne jest, że ostatecznie znalazłam się w księgarni i oczywiście udałam się do działu 'kulinaria', gdzie dostawałam spazmów jednego z drugim. Ale po kolei. Ostatnio przeczytałam na blogu u Liski o wspaniałej księgarnio-kawiarence-i-nie-wiadomo-co-jeszcze w Wiedniu i ... zamarzyłam się tam znaleść od razu. Raz, że wspaniałe miejsce jeśli chodzi o kulinaria, dwa, że ponoć dobrą kawę serwują. Że jednak od razu nie zadziałało, to nie pozostało mi nic innego jak przejść się do księgarniu za 'rogiem' (sic!). Była to jedna z molochów jakie tutaj mają, bez klimatu i bez kawiarni w środku. Co więcej, nie było nawet miejsca, by przycupnąć. Ale nie narzekałam, bo dział 'kulinaria' obszerny był. Pożądałam kawy, zarówno w postaci cieczy, jak i czarnych literek na białym tle. Od jakiegoś czasu szukam książki o kawie, ale nie takiej z kilkunastoma przepisami na napoje kawopochodze, kilku zdań o parzeniu kawy, dwa jej rodzaje i trzy zdjęcia młynków do kawy. Szukam czegoś z historią tego napoju, jak się znalazł w Europie i dlaczego stał się napojem numer jeden na świecie - chyba?Q? Innymi słowy czegoś konkretnego, bardziej 'dokumentalnego' niż seria ładnych zdjęć z paroma zdaniami opisu (aczkolwiek ładne zdjęcia filiżanek do kawy strasznie mnie pociągają ;p). Tak zatem zabrałam się za poszukiwanie. Dokładnie tego słowa należy użyć, bo okazuje się, że w kraju, gdzie kawę spożywa się hektolitrami, gdzie kawiarnie są na niemal każdym rogu i nikt nie wyobraża sobie życia bez tego czarnego wywaru, książek o nim jest niewiele. By nie powiedzieć, że jest to ilość znikoma. Tak więc stoję przed wielkim regałem, patrzę wino, wino, wino, wino (także książka z serii dla Dummies - w Polsce ładnie tłumaczonych na 'Bystrzaków'), pół regału książek o winie. Patrzę dalej alkohole, koktajle... niemalże płaczę i rwę włosy z głowy... czekolada - hmm, to też interesujący temat, ale o tym może kiedy indziej - gdy nagle wyłania się niczym z czeluści piekielnych diabelski napój. Wpadam w bardzo krótkotrawałą ekstazę, bo szybko robię rachunek i okazuje się, że książek jest dokładnie...4. Aha, myślę sobie, no dobrze, nie narzekaj ;p. Patrzę na ten niewielki zbiór i ręce mi opadają. Już wiem, że trzy z nich to książki, których na pewno nie kupię, bo mają kilkanaście przepisów, parę zdjęć i namiastki tekstu. Czwarta to, co innego. Jednak... nie ma rzeczy idealnych. Il completo libro del cafè przeraża formatem. Jest to album, ale większy niż taki typowy, bardzo nieporęczny, zdecydowanie nie nadaje się do czytania na kanapie, będąc wtulonym w poduszki, popijając kawę. Ale wszystko jest dla ludzi. Przeglądam zawartość. Jest dużo ładnych zdjęć, choć ilość tekstu nie powala. Jest trochę historii, faktów etc, parę przepisów, szczegółów i.... cena, która zniechęca. Nie mówię, że jest szokująco wysoka, bo ostateczenie jest to albumowe wydanie książki z wieloma zdjęciami, kredowym papierem i twardą okładką. Ale ja chciałabym za tę cenę trochę więcej treści. Niestety. Stoję wpatrzona w owe książki, po czym ponownie przebiegam regał wzrokiem w nadziei, że coś sie schowało przed moim wywiadem środowiskowym, że gdzieś są jeszcze inne pozycje na ten temat. Znajduję małą książeczkę zatytułowaną: Caffè'. Pensieri, parole e aromi. W pierwszech chwili nawet nie chcę po nią sięgnąć, bo zakładam niemal w punkcie, że nie zaskoczy mnie zawartością, co więcej rozczaruje i tyle będzie. Coś jednak mnie pcha, by chociaż rzucić okiem - jednym, by w razie czego zupełnie nie oślepnąć ;p. Przewracam karteczki tej mikro książeczki i ... podoba mi się. Choć nie ma tam rozdziału o historii, są wspaniałe zdjęcia, krótkie sentencje na temat kawy wypowiedziane/napisane przez znane postacie, anegdoty i niewielka ilość informacji co bardziej faktograficznej - wiecie ile kalorii ma espresso czyste, bez niczego? - i ... przepisy, ale nie takie zwykłe na kawę z bitą śmietaną czy mrożoną, ale na potrawy z kawą :D Miodzio, aż ślinka cieknie i tylko boli, bo P fanem kawy nie jest, więc pewnie nie będzie zachwycony takim menu. Mimo wszystko postanowiłam się bliżej zapoznać z tą pozycją i takim sposobem ląduje w moim koszyku. Ponieważ wyszłam tylko do sklepu, więc stwierdziłam, że powinnam się zbierać. Rzuciłam jeszcze tylko okiem na pozostałe półki z książkami kulinarnymi najróżniejszymi, podzielonymi na regiony, miasta, typy kuchni, typy jedzenia, przepisy babci, mnichów i innych władców kuchennych tasaków. Piękne zdjęcia, ładnie brzmiące nazwy, niektóre wydane w sposób imitujący starą książkę. Ahjo, chciałoby się jeszcze przez chwilę popatrzeć, zagłębić, pomarzyć. Pora jednak była wychodzić, więc zmusiłam swoją silną (sic!) wolę do działania - tzn. odłożenia tych książek, które jakimś bliżej nieokreślonym trafem znalazły się w moich rękach - i zwróciłam się ku wyjściu/kasie. Przechodząc jednak koło jednego stoiska zauważyłam, że pani ze sklepu pokazuje coś innej pani nie ze sklepu ;p i tak mało kulturalnie zerknęłam im przez ramię. Mym oczom ukazał się wielki napis Milano. Zaciekawiło mnie, tak wiem, byłam w drodze do wyjścia, ale ostatnio też chodzi za mną książka o Milanie, ale nie przewodnik, który mówi, że trzeba zobaczyć Duomo, Cenacolo i La Scalę, tylko coś bliższego ziemi, jakieś sekrety, legedny... historie z dreszczykiem. Także pozwoliłam sobie przystanąć obok pań i przynajmniej zapoznać się z tytułami książek na stole. Wszędzie Milan. Milan restauracje, Milan na fotografii, Milan i Navigli, Milan nocą... aż tu nagle patrzę... i oto była ona. To był właśnie ten moment. Ta chwila, kiedy wie się, że jest się na właściwym torze, że właśnie spełnia się marzenie, że to jest ten jedyny w swoim rodzaju moment. Leżała sobie grzecznie osaczona zabytkami, modą i innymi wynalazkami i aż prosiła, by ktoś ją dotknął, by ktoś ją chwycił w swoje dłonie i już nie wypuścił. Chciałam być tym kimś. Częściowo wyszło, ale po kolei. Książka miała tytuł Milano al cafè. I już wszystko jasne, prawda? Był to zbiór przeróżnych cząstek składowych życia kawiarnianego w Mediolanie. Historie sięgające XIX w. a może i wcześniej. Kopie oryginalnych zdjęć, reklam, szkice miasta, mapy stare z zaznaczonymi kawiarniami. Historia Mediolanu zapisana w kawie, czy też w kawiarnianym życiu. Cudo. Wpatrywałam się w tę książkę i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś jednak jest nie tak. I było. Zaporowa cena. Spojrzałam na nią i w pierwszej chwili chciałam sobie powiedzieć: 'A co tam, raz się żyje!', ale ostatecznie przyszwędał się rozsądek - zawsze kiedy jest najmniej potrzebny - i odłożyłam książkę na miejsce, mimo jej prostestów i zapierania się rogami. Spojrzałam jeszcze na nią ostatni raz i ruszyłam do kasy.
Wracając do domu biłam się z myślami, jakby to zrobić, żeby jak najszybiej wejść w posiadanie tego cudu. I nic. Matematyka jest nieubłagana, więc pewnie trzeba będzie trochę poczekać i odłożyć pieniądze. Ale nic, wiem, że jest i już nie mogę się doczekać naszego pierwszego spotkania przy espresso :D
środa, 12 sierpnia 2009

Ewidentnie wzięło mnie dziś na pisanie. Może to zasługa pogody dość deszczowej, trochę melancholijnej (zdjęcie powyżej zostało zrobione po moim przyjeździe - próbowałam nadrobić zaległości prasowe). A może ogrom zaległości (sic!) jakie narosły w ostatnim czasie spowodował, że w końcu zmobilizowałam się do działania. Jakakolwiek byłaby przyczyna piszę dziś już trzeciego posta, a to i tak wierzchołek góry. Dlatego pomyślałam sobie, tak podstępnie, że umieszczę parę zdjęć, co to mają zrekompensować moją absencję blogową. Zdjęcia owe dowiodą mojego zapracowania, choć muszę jeszcze nadmienić, że rodzina czasem nie pozwala na zrobienie zdjęć, bo zabiera się za jedzenie zanim zdołam wyjąć aparat. Także to co udało mi się uchwycić zanim na zawsze pogrążyło się w sokach trawiennych :s

To był ciąg dalszy szału malinowego - pierogi z malinami, dżem malinowo-porzeczkowy
Dla odmiany zapiekanka z cukinii z serem feta i parmezanem wg przepisu M. Montignac_
Porcja dla 4 osób
Składniki:
1,2 kg cukinii
200 g sera feta
3 jajka
60 g parmezanu startego
oliwa z oliwek do smarowania formy
sól morska, pieprz
Kreacja:
Nastawić piekarnik na 160 st.
W dużym garnku zagotować wodę, posolić. Umyć cukinię, odkroić końcówki i włożyć do garnka i gotować ok. 5 minut. Zlać cukinię, pozostawić na sitku do odsączenia.
Ukroić kilka plasterków do dekoracji, resztę cukinii pokroić w kostkę i dobrze odsączyć (Jest to dość istotny element, gdyż cukinia ma bardzo dużo wody, jeśli się jej nie pozbędziemy, to zapiekanka będzie za płynna, aczkolwiek w smaku dobra ;P).
W dużej misce roztrzepać jajka, dodać rozgnieciony ser feta, parmezan (osobiście wolę potrawy o wyrazistym smaku, więc dodaję parmegiano regiano, ale grana padano może być też ;P). Całość posolić, popieprzyć i dobrze wymieszać. Jeśli się zmieści w misce, dodać cukinię. Jeśli nie można wymieszać już w formie (Formę najpierw wysmarować oliwą). Udekorować plasterkami cukinii.
Piec ok. 4o min. w temp ok 160 st. Aż powierzchnia zacznie się ładnie rumienić.
To danie może spokojnie zastępować ziemniaki, ryż czy makaron, albo stanowić dodatek, warzywo ;)
Kawa poranna w nowo zdobytym kubku (uwielbiam pić kawę/herbatę w nowych kubkach, w ogóle uwielbiam nowe bajery do kucharzenia tudzież naczyniopodobne) i kawa mrożona 'zachodzącego słońca' z orzechami - mniam mniam_
Kawa poranna, to 'przerośnięte' espresso z odrobiną mleka sojowego. A oto mało skomplikowany przepis na:
Kawę 'zachodzącego słońca' ;)
Składniki na trzy szklanki:
1,5 - 2 szklanki kawy (chodzi o kawę już zaparzoną i ostudzoną, najlepiej rozpuszczalna)
solidna garść (lub więcej wg uznania) kostek lodu
1/2 szklanki mleka (dodałam mleko sojowe waniliowe, ale zwykłe też może być)
ok. 1o orzechów laskowych
ok. 5 orzechów włoskich
cukier jeśli ktoś lubi słodką kawę
Kreacja:
Orzechy posiekać. Do blendera (oczywiście musi mieć opcję kruszenia lodu :o) wrzucić wszystkie składniki i zmiksować. Rozlać do szklanek. Można posypać czekoladą, orzechami lub dodać bitą śmietanę, jeśli ma być bardziej deserowo.
***
Właśnie zdałam sobie sprawę, że tych zdjęć za dużo nie ma :s - pech_
To tyle na dzisiaj. Pozdrawiam_

To był ciąg dalszy szału malinowego - pierogi z malinami, dżem malinowo-porzeczkowy
Dla odmiany zapiekanka z cukinii z serem feta i parmezanem wg przepisu M. Montignac_Porcja dla 4 osób
Składniki:
1,2 kg cukinii
200 g sera feta
3 jajka
60 g parmezanu startego
oliwa z oliwek do smarowania formy
sól morska, pieprz
Kreacja:
Nastawić piekarnik na 160 st.
W dużym garnku zagotować wodę, posolić. Umyć cukinię, odkroić końcówki i włożyć do garnka i gotować ok. 5 minut. Zlać cukinię, pozostawić na sitku do odsączenia.
Ukroić kilka plasterków do dekoracji, resztę cukinii pokroić w kostkę i dobrze odsączyć (Jest to dość istotny element, gdyż cukinia ma bardzo dużo wody, jeśli się jej nie pozbędziemy, to zapiekanka będzie za płynna, aczkolwiek w smaku dobra ;P).
W dużej misce roztrzepać jajka, dodać rozgnieciony ser feta, parmezan (osobiście wolę potrawy o wyrazistym smaku, więc dodaję parmegiano regiano, ale grana padano może być też ;P). Całość posolić, popieprzyć i dobrze wymieszać. Jeśli się zmieści w misce, dodać cukinię. Jeśli nie można wymieszać już w formie (Formę najpierw wysmarować oliwą). Udekorować plasterkami cukinii.
Piec ok. 4o min. w temp ok 160 st. Aż powierzchnia zacznie się ładnie rumienić.
To danie może spokojnie zastępować ziemniaki, ryż czy makaron, albo stanowić dodatek, warzywo ;)
Kawa poranna w nowo zdobytym kubku (uwielbiam pić kawę/herbatę w nowych kubkach, w ogóle uwielbiam nowe bajery do kucharzenia tudzież naczyniopodobne) i kawa mrożona 'zachodzącego słońca' z orzechami - mniam mniam_Kawa poranna, to 'przerośnięte' espresso z odrobiną mleka sojowego. A oto mało skomplikowany przepis na:
Kawę 'zachodzącego słońca' ;)
Składniki na trzy szklanki:
1,5 - 2 szklanki kawy (chodzi o kawę już zaparzoną i ostudzoną, najlepiej rozpuszczalna)
solidna garść (lub więcej wg uznania) kostek lodu
1/2 szklanki mleka (dodałam mleko sojowe waniliowe, ale zwykłe też może być)
ok. 1o orzechów laskowych
ok. 5 orzechów włoskich
cukier jeśli ktoś lubi słodką kawę
Kreacja:
Orzechy posiekać. Do blendera (oczywiście musi mieć opcję kruszenia lodu :o) wrzucić wszystkie składniki i zmiksować. Rozlać do szklanek. Można posypać czekoladą, orzechami lub dodać bitą śmietanę, jeśli ma być bardziej deserowo.
***
Właśnie zdałam sobie sprawę, że tych zdjęć za dużo nie ma :s - pech_
To tyle na dzisiaj. Pozdrawiam_
Subskrybuj:
Posty (Atom)










