Jestem.
Żyję, choć mogłoby się wydawać inaczej w wirtualnym świecie. Taki paradoks trzeba przyznać, bo ostatnio z komputerem niemal sypiam. Ale pewnie dlatego wieczorem nie mam już siły na pisanie. Przyznam się bez bicia, że zupełnie niedawno zdałam sobie sprawę, ileż to już czasu milczę na mym blogu. Pierwsza myśl: niemożliwe. Druga myśl: a jednak. Trzeci myśl: chyba się starzeję :p To niesampowite jak czas szybko leci. Nie zdążę się nawet porządnie obejrzeć, a tu bach, kolejne miesiące z głowy (sic!). I tylko stos książek urasta do apokaliptycznych rozmiarów. Od czasu do czas sprawia wrażenie, jakby się chwiał, zastanawiam się czy upadnie, albo raczej kiedy. I co wtedy się wydarzy. Przez letnie upały i ciągłe niebycie w domu wyobcowałam się z kuchni, tylko piekarnik partyzant odetchnął z uglą. Nie wie, że wkrótce nadejdzie zima i nie obejdzie się bez jego wsparcia. Poza tym ostatnio cierpię na nieuzasadniony brak apetytu, albo przynajmniej samoświadomości kulinarnych zachcianek, czyli sama nie wiem, co bym zjadła, więc po raz kolejny na taśmie pojawia się jogurt. Muszę przyznać, że to genialny wynalazek :D Ale ileż można pisać o jogurcie?Q?
Planuję... już od jakiegoś czasu porządny wpis i ... planuję. Ale nie mam melodii, jak to mawia moja rodzicielka. Jednak zbieram się w sobie. Kawę wciąż piję, choć w ilościach ograniczonych, najwyraźniej niewystarczających, by mnie zmusić do nocnego siedzenia tudzież pisania. O dziwo zaczęłam sypiać jak człowiek i teraz z kurami wstaję (sic!) - choć wciąż łechcę swoje ego nazywając się człowiekiem :p - więc może powinnam pisać o świcie. Rozważymy tę kwestię. Tymczasem udam się na spoczynek, albowiem dzionek jutro pełen zadań, a ja chcę być przygotowana na stawienie im czoła, a jak!!! :p
Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy!
D!
czwartek, 2 września 2010
wtorek, 11 maja 2010
Pogoda mnie nie lubi. Zdecydowanie. Oberwanie chmury, które się przetoczyło nad miastem jest tego niezbitym dowodem. A żeby nie było za dobrze, to załączam migawki z naszego ostatniego wypadu. Wyjeżdżalismy z deszczem. Następnego dnia rano w gazecie na pierwszej stronie było wielkie zdjęcie z informacją, że w Nicei jest stan klęski żywiołowej. Czemu nie :p Ostatecznie okazało się, że to tylko zabieg w celu sprawniejszego doprowadzenia do porządku poobijanej przez fale plaży.
Zrobilismy sobie też nocny wypad do Cannes. Szczęscie, że dopiero się przygotowywali do Festiwalu.

Zaopatrzyłam zatem lodówkę. I niech sobie pogoda nie mysli, że mnie złamie. :p
Pozdrowienia_
poniedziałek, 10 maja 2010
W chmurach
Wróciłam. Wciąż mam dwie ręce, dwie nogi, parę niedowidzących oczu i resztki jeszcze niesiwych włosów. I cieszy mnie ten fakt, jakkolwiek dziwnie on może brzmieć. Może to pierwsze objawy paranoi, albo jakiejś innej niedyspozycji psychicznej. A może to nic. Normalna sprawa w wiadomych okolicznościach. Z której strony by jednak nie patrzeć, to dziwne wrażenie nie pozostawiło mnie obojętną. Pierwszy raz w życiu (tak mi się mocno wydaje) nie mam ochoty podróżować. Tak. Zgadza się. Napisałam to. JA. Z czystą perwersyjną świadomością.Najchętniej zaszyłabym się w chatce w górach i przeczekała ten cały gorący (sic!) okres. Jakoś nieszczególnie przeraża mnie perspektywa, że mógłby to być długi okres. Miałabym święty spokój i świeże - miejmy nadzieję - powietrze. Niestety nie da się. Życie zmusza nas do pewnych ruchów, mniej lub bardziej dosłownie. A że wystarczy chwila, by wszystko się przewróciło do góry nogami, tego chyba nikomu nie muszę wyjaśniać. Póki co u mnie nie zmieniło się nic. Jest jak było i jestem z tego faktu więcej niż kontent. Ale przez chwilę, wtedy, w chmurach czy też mgle, naszła mnie myśl, że ten stan rzeczy może ulec zmianie.
Prognoza pogody nie była może zachwycająca, ale nie wywołała szczególnych wątpliwości czy obaw. Dopiero na lotnisku, gdy na tablicy odlotów pojawiła się informacja o opóźnionym locie, zapaliła się lampka ostrzegawcza. Na chwilę, doprawdy na ułamek sekundy, bo ostatecznie linia lotnicza, z którą miałam podróżować nie słynie, przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia, z punktualności. Wątpliwość jaka się zrodziała brzmiała: Czy to w Gdansku są kłopoty, czy wcześniej na trasie coś się opóźniło? Ostatecznie samolot miał dwu godzinne opóźnienie. Przyleciał jednak, wystartował i wszystko niby toczyło się swoim normalnym trybem. Do czasu gdy odezwał się kapitan, mówiąc, że jest duża mgła w Gdańsku i nie wiadomo, czy będzie można tam lądować. Bosko! Nie widziałam swojej miny w tym momencie, ale zapewne nie była najbardziej promienna. Facet koło mnie spojrzał się na mnie z wyrazem rozpaczy, no prawie, i nie pewnie wyjąkał, czy przez przypadek mówię po włosku. Co nieco się da wyartykuować. Zatem zaczyna się nasza konwersacja o tym, co szacowny pilot był raczył powiedzieć jedynie po angielsku. Facet zaczął się denerwować. I co tam będę owijać w bawełnę. Miało to niekorzystny wpływ na myśli, które zaczęły masowo przetaczać się przez moją głowę. Ostatecznie jednak uznałam, że choć nie uśmiecha mi się jechać z Wawy do Gda autobusem, to jednak znacznie bardziej wolę tę opcję niż kombinowanie. (Tu zaczyna się pseudo lub nie paranoja). Po kilku czy też może kilkunastu minutach pilot oznajmia, że widoczność w Gdańsku się poprawiła i że będziemy lądować zgodnie z rozkładem. Facet koło mnie uspokoja się. Za to ja wyglądam przez okno. Nic nie widzę. No nic, jeszcze wciąż jesteśmy wysoko. Ale gdy samolot ewidentnie zaczyna obniżać lot, pojawia się wyczuwalny wzrost ciśnienia (sic!) w kabinie. P wygląda przez okno. Nic nie widzi. Facet koło mnie przechyla się, by coś zobaczyć. Zaczyna się dopytywać o szczegóły, jak wygląda podróż z Wawy, ile trwa etc. Lecimy coraz niżej, ale wciąż nic nie widać. Hmm, paranoja zaczyna mi się udzielać. Przychodzą do głowy myśli niekoniecznie potrzebne w tej chwili. Patrzę na P, a on na mnie. Nic nie widać. Samolot obniża lot. Widoczność bez zmian. Facet obok się denerwuje, przez co i mnie się udziela. P wygląda przez oko: mleko, nic nie widać! Facet obok mówi, że już i tak jest spóźniony, nie może lądować w Wawie. Patrzę na niego z niedowierzaniem. Ja mogę lądować nawet w Bhurkina Faso, byle by wylądować w jednym kawałku. Za oknem bez zmian. Zaczyna się przygotowanie do lądowania. Słychać jak silniki spowalniają, wysuwa się podwozie. Musimy być już nisko, ale wciąż nic nie widać. Facet obok pyta, czy to normalne, że lądujemy w takiej pogodzie. Patrzę na niego. Mówię: nie. Tak w ogóle to pogoda nie jest nornalna. Mamy maj. Powinno być ładnie, świecić słońce. Taka pogoda jest w zimę. Wtedy to standard niemal, że ląduje się w innym mieście, albo w ogóle nie wylatuje. Jestem wredna. Wiem, ale stresuje mnie ten facet. P włącza się do rozmowy, choć sam nie wie, co powiedzieć. Na pewno jest ktoś, kto ocenia sytuację. Jeśli lądujemy, to znaczy, że da się wylądować. Myślę, że zbędne są tutaj analogie. Pojawiały się one w mojej głowie jak karawana Marco Polo podążająca do Chin. Mówię sobie, że wolę jechać 5 godzin autobusem. Nie ważne, że do domu dotrę o północy. Może być i jutro rano. Samolot jest już bardzo nisko. Za oknem mleko. P wytęża wzrok, ale nie widzi pasa. Może pilot ma jakieś specjalne szyby, bo w przyrządy to nie wierzę. Nagle... silniki ruszają pełną parą, samolot podrywa się, wbija wszystki w siedzenia i ciągnie w górę. Gdyby nie warkot silników, cisza byłaby przerażająca, na wdechu, z przymkniętymi oczami. Po dwóch długich minutach odzywa się kapitan: ' Za około 6 minut spróbujemy ponownie.' Nie wierzę własnym uszom. Chcę do Wawy. Marzę o wycieczce autokarowej (sic!). Myśli, które w takiej chwili nawiedząją głowę są zupełnie bez sensu. A jednak rodzą się i ciężko z nimi walczyć. Ostatecznie sama, bez przymusu wsiadłam do tej przyciężkawej puszki z metalu. Drugie podejście. Chcę chwycić P za rękę, ale mam wrażenie, że to za bardzo teatralne. Albo że wtedy to już się zupełnie rozłożę, że ręce będą mi drżeć w rzeczywistości, a nie tylko w moim mógzu. Patrzę na niego jak wypatruje skrawka ziemi. Nie próbuję nawet zgadnąć co myśli. Samolot obniża lot. Wszystko wydaje się takie spokojne, kontrolowane. A jednak człek ma wielkie poczucie bezsilności. Nie może zrobić nic. Wielkie nic. P wygląda przez okno, patrzy na mnie i mówi, że nic nie widzi. Chcę powiedzieć, że wolę lecieć do Wawy, że nie ma sprawy z 5 godzinną wycieczką autokarem po polskich drogach. Milczę jednak. Może to było tylko moje wrażenie, a może tak było naprawdę, ale w kabinie panowała cisza podszyta wyczekiwaniem. Miałam wrażenie, że nikt nie waży się oddychać, bo nawet najmniejszy ruch może wprowadzić niekorzystne zawirowania. Czuję jak samolot obniża pułap. Za oknem bez zmian. P wciąż wypatruje skrawka czegokolwiek co miałoby kolor inny niż biały. Facet obok zamknął oczy. Nie wiem, co myśli i nawet nie chcę zgadywać. Siedzę wpatrzona na fotel przede mną i staram się nie myśleć. Nie da się. Wyglądam przez okno. Nic nie widać. Przychodzi mi na myśl 'Miasto ślepców'. Mleko. Biel. Taki musiał być ich świat. Lecimy coraz niżej, ale nic nie widać. W pewnej chwili P mówi: jest. Widać pas. W kilka sekund później koła dotykają ziemi. Delikatnie, niemal niezauważalnie. Ciężar maszyny podniesiony do potęgi trzeciej opada na niewielkie kawałki gumy. Wytrzymują. Gwałtwone hamowanie wbija wszystkich w fotele. Jeszcze wciąż nikt nic nie mówi, jeszcze wciąż wielu nie waży się oddychać. P patrzy na mnie, a ja na niego. Gdy samolot wyhamowuje wystarczająco, by bez obaw zatrzymać się w granicach pasa, rozlegają się brawa. I pierwszy raz nie uważam, że to głupie. Przeciwnie. Pilot wykonał świetną robotę. Brawa są długie, silne, przepełnione wdzięcznością. Kołujemy na miejsce postojowe. Przytulam się do P. Jest dobrze, choć w środku cała się trzęsę. Nie zdążymy wysiąść z samolotu a następuje oberwania chmury. Jest zimno, deszcz zacina. Chyba już nikt nie wyląduje w ciągu najbliższych minut, a może nawet godzin.
Tej nocy nie mogę spać. Myśli, niczym husaria pod Wiedniem, przewalają się przez moją głowę. Perspektywa powrotu jest niepokojąca. W niedzielę dowiadujemy się, że nad północnymi Włochami zamknięta została przestrzeń powietrzna w związku z chmurą wulkaniczną. Mam dość. Co jest z tą pogodą? Jakby mnie prześladowała.
Wrócilismy. Samolot przyleciał z 25 minutowy wyprzedzeniam. Gdy weszłam do domu, miałam ochotę położyć się do łóżka i spać.
Nie jadę nigdzie na wakację. No chyba, że do chatki w górach, choć i tam kiedyś dopadła nas powódź :s
Dziś będę spać jak dziecko. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Pozdrawiam z bezpiecznej kanapy.
wtorek, 4 maja 2010
Krótka rozmowa telefoniczna
Dzwoni telefon.
- Cześć kochanie. Jak się masz?
- Cześć Misiu, dobrze, a Ty?
- Umieram z głodu. (P wymyślił sobie restrykcyjną dietę i teraz - dzień drugi diety (sic!) - cierpi nieziemskie katusze, o czym musi kominukować z dużą częstotliwością, by przez przypadek nikomu nie umknął fakt, jak bardzo P się poświęca :p )
- Pech.
- Żartuje. Nie jest źle. Słuchaj, dzwonił do mnie P. z R., do którego dzwonił B.
- Aha
- I chciał, żebym znowu pojechał do N. Pojechałabyś ze mną?
Cisza. Bardzo krótka to była chwila ciszy, bo tak naprawdę nie było się nad czym zastanawiać.
- Kiedy?
- Jutro z rana. Ale raczej nie będę tam nocował.
- Aha. A jak wcześnie z rana?
- 5.
- Hmm… dobrze.
- Jeszcze musiałbym się dowiedzieć szczegółów.
- Oki.
- Zadzwonię za chwilę.
10 minut później.
- Cześć kochanie, to ja.
- Cześć. (udaję zaskoczenie :P)
- Zatem… P chce żebym pojechał jeszcze dziś wieczorem, by rano być już w biurze. Co sądzisz?
- Aha. Dobrze.
- Pojedziesz ze mną?
- Pojadę. Sprawdzę tylko prognozę pogody. Dam ci znać.
- Buziaki.
Prognoza pogody: leje, wieje, relatywnie zimno.
‘Pojedziesz ze mną’ dźwięczy mi w uszach. ‘Pojadę’ pada odpowiedź.
Kurcze, gdzie to słońce się podziało?Q?Q?Q?QQ?Q??Q?Q?
- Cześć kochanie. Jak się masz?
- Cześć Misiu, dobrze, a Ty?
- Umieram z głodu. (P wymyślił sobie restrykcyjną dietę i teraz - dzień drugi diety (sic!) - cierpi nieziemskie katusze, o czym musi kominukować z dużą częstotliwością, by przez przypadek nikomu nie umknął fakt, jak bardzo P się poświęca :p )
- Pech.
- Żartuje. Nie jest źle. Słuchaj, dzwonił do mnie P. z R., do którego dzwonił B.
- Aha
- I chciał, żebym znowu pojechał do N. Pojechałabyś ze mną?
Cisza. Bardzo krótka to była chwila ciszy, bo tak naprawdę nie było się nad czym zastanawiać.
- Kiedy?
- Jutro z rana. Ale raczej nie będę tam nocował.
- Aha. A jak wcześnie z rana?
- 5.
- Hmm… dobrze.
- Jeszcze musiałbym się dowiedzieć szczegółów.
- Oki.
- Zadzwonię za chwilę.
10 minut później.
- Cześć kochanie, to ja.
- Cześć. (udaję zaskoczenie :P)
- Zatem… P chce żebym pojechał jeszcze dziś wieczorem, by rano być już w biurze. Co sądzisz?
- Aha. Dobrze.
- Pojedziesz ze mną?
- Pojadę. Sprawdzę tylko prognozę pogody. Dam ci znać.
- Buziaki.
Prognoza pogody: leje, wieje, relatywnie zimno.
‘Pojedziesz ze mną’ dźwięczy mi w uszach. ‘Pojadę’ pada odpowiedź.
Kurcze, gdzie to słońce się podziało?Q?Q?Q?QQ?Q??Q?Q?
piątek, 30 kwietnia 2010
piątek, 16 kwietnia 2010
Za pisanie zabieram się już ... sama nie wiem od kiedy. Napierw były Święta i przy całym zamieszaniu jakie bywa przed Świętami i moim przerostem ambicji nad możliwościami, zabrakło czasu na zdjęcia, by już nie wspominać o pisaniu. A potem nadszedł 10 kwietnia i w pierwszej chwili wyrwałam się do pisania, by ostatecznie zrezygnować na rzecz pustki i świętego spokoju, którego wydawało mi się wymagała sytuacja.
Potem wiele razy układałam sobie w głowie tekst, który chciałabym napisać na swoim blogu, post o dniu dzisiejszym, wczorajszym, o czymkolwiek, ale jakoś ostatecznie zawsze schodziło mi na tę sobotę. Nie chciałam i wciąż nie chcę pisać o tym, co się wydarzyło. Nie dlatego, że mnie to jakoś szczególnie nie poruszyło - nie zrozumcie mnie źle, ruszyło, nawet bardzo - ale dlatego, że już wszysyc wszystko napisali, wykrzyczeli, obfotografowali i nie pozostaje mi nic więcej do dodania. I lepiej. Postanowiłam nie włączając się w dyskusję, uczcić pamięć tych, których już nie ma, bez wyróżnień, rang i zasług. To nie ważne. Zginęli i tyle. Należy iść dalej, bo martylologia i umęczanie się niczemu nie służa, a wręcz przeciwnie, prowadzą do jeszcze większej depresji i głębszego przekonania, że pozostajemy wycieraczką, która pojawia się na wizji, tylko wtedy, gdy nastąpi jakiś sensacyjny brak jej struktury. Ale dość, bo nie miałam pisać o 10 kwietnia, ani o żadnym innym kwietniu, ani innej czerwcowej niedzieli.
Ostatnio mało widzę ze świata. Zasłonili go nam niemal doszczętnie, okraszając tę pustkę bliżej nieokreślonymi dźwiękami, które po kilku godzinach mogą doprawadzić do czynów niekotrolowanych. Dlatego uciekam do innego świata, pozornie spokojniejszego i cichszego. Zabieram 'pracę', sadowię się wygodnie z kubkiem kawy bądź herbaty u boku, okresowo także zaszczycana towarzystem kotowatego stworzenia, które wykazuje zapędy samobójcze. Napawam się światłem, świeżym (sic!) powietrzem, spokojem. Zagłębiam się w lekturze. Wczoraj musiałam wrócić do ciemności, do stukania, pukania, obijania, dźwięków dziwnego języka i migających za oknem cieni. Czułam się jak osoby, które nie mogą wychodzić na światło dzienne, bo ich skóra jest za wrażliwa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje, że one mogą się tak czuć. Choć nie ukrywam, że jestem w lepszej sytuacji. Za niecałe trzy miesiące wyjdę z ciemności, oni zapewne nie. W oczekiwaniu na koniec wyroku, upiekłam ostatnio ciasto wg Montignaka, które u P wywołało sprzeczne emocje. Najpierw radości, że w tych ciężkich chwilach katorgii, jaką mu nałożyłam - mało skutecznej, ale jak to facet, nie rozumie, że naprawdę jestem dla niego łaskawa - wykazałam jakieś ludzkie odruchy i upiekłam ciasto. Potem zrezygnowania, by nie użyć mocniejszego słowa typu rozpaczy, że już nawet ciasto nie może być normalne. Nie, nie może i basta. Mnie smakowało, choć muszę jeszcze trochę nad nim popracować. Wersja motignakowa jest jak dla mnie zupełnie bez wyrazu, więc testuje warianty dodawania pewnych elementów smakowych, jednocześnie starając się zachować walory potencjalnej 'zdrowości' tego wypieku. A nie będę ukrywać iż fakt, że P nie smakowało ciasto jakoś szczególnie mnie nie wzruszył, więcej dla mnie :P
Let there be light... please!!!
Potem wiele razy układałam sobie w głowie tekst, który chciałabym napisać na swoim blogu, post o dniu dzisiejszym, wczorajszym, o czymkolwiek, ale jakoś ostatecznie zawsze schodziło mi na tę sobotę. Nie chciałam i wciąż nie chcę pisać o tym, co się wydarzyło. Nie dlatego, że mnie to jakoś szczególnie nie poruszyło - nie zrozumcie mnie źle, ruszyło, nawet bardzo - ale dlatego, że już wszysyc wszystko napisali, wykrzyczeli, obfotografowali i nie pozostaje mi nic więcej do dodania. I lepiej. Postanowiłam nie włączając się w dyskusję, uczcić pamięć tych, których już nie ma, bez wyróżnień, rang i zasług. To nie ważne. Zginęli i tyle. Należy iść dalej, bo martylologia i umęczanie się niczemu nie służa, a wręcz przeciwnie, prowadzą do jeszcze większej depresji i głębszego przekonania, że pozostajemy wycieraczką, która pojawia się na wizji, tylko wtedy, gdy nastąpi jakiś sensacyjny brak jej struktury. Ale dość, bo nie miałam pisać o 10 kwietnia, ani o żadnym innym kwietniu, ani innej czerwcowej niedzieli.
Ostatnio mało widzę ze świata. Zasłonili go nam niemal doszczętnie, okraszając tę pustkę bliżej nieokreślonymi dźwiękami, które po kilku godzinach mogą doprawadzić do czynów niekotrolowanych. Dlatego uciekam do innego świata, pozornie spokojniejszego i cichszego. Zabieram 'pracę', sadowię się wygodnie z kubkiem kawy bądź herbaty u boku, okresowo także zaszczycana towarzystem kotowatego stworzenia, które wykazuje zapędy samobójcze. Napawam się światłem, świeżym (sic!) powietrzem, spokojem. Zagłębiam się w lekturze. Wczoraj musiałam wrócić do ciemności, do stukania, pukania, obijania, dźwięków dziwnego języka i migających za oknem cieni. Czułam się jak osoby, które nie mogą wychodzić na światło dzienne, bo ich skóra jest za wrażliwa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje, że one mogą się tak czuć. Choć nie ukrywam, że jestem w lepszej sytuacji. Za niecałe trzy miesiące wyjdę z ciemności, oni zapewne nie. W oczekiwaniu na koniec wyroku, upiekłam ostatnio ciasto wg Montignaka, które u P wywołało sprzeczne emocje. Najpierw radości, że w tych ciężkich chwilach katorgii, jaką mu nałożyłam - mało skutecznej, ale jak to facet, nie rozumie, że naprawdę jestem dla niego łaskawa - wykazałam jakieś ludzkie odruchy i upiekłam ciasto. Potem zrezygnowania, by nie użyć mocniejszego słowa typu rozpaczy, że już nawet ciasto nie może być normalne. Nie, nie może i basta. Mnie smakowało, choć muszę jeszcze trochę nad nim popracować. Wersja motignakowa jest jak dla mnie zupełnie bez wyrazu, więc testuje warianty dodawania pewnych elementów smakowych, jednocześnie starając się zachować walory potencjalnej 'zdrowości' tego wypieku. A nie będę ukrywać iż fakt, że P nie smakowało ciasto jakoś szczególnie mnie nie wzruszył, więcej dla mnie :P
Let there be light... please!!!
poniedziałek, 22 marca 2010
bułka z jogurtem raz!
Rozmowy do późnych godziny, litry kawy, lata rozłąki. Zero gotowania. Tylko bułki upieczone zawczasu i dokupione w międzyczasie jogurty.
Niesamowite jak czas szybko leci. Wydaje się, że ledwo się skończyło szkolę, studia jeszcze wciąż prześladują w koszmarach sennych i nagle bum... to już szmat czasu. Niemal wieczność - no dobrze, aż tak źle nie jest. Jednak wszystko wywołuje wrażenie, jak wspomnienia z dzieciństwa. Powracają słowa, imiona, obrazy, także smaki i zapachy. Odwiedziny dawno niewidzianej osoby, to nie tylko pretekst do długich, nocnych rozmów o życiu etc., ale też powrót do przeszłości kulinarnej. Gdy patrzę wstecz na to, co i jak jadłam kiedyś, wydaje mi się to epoką kamienia łupanego. Nie chodzi tylko o to, że teraz staram się jeść co bardziej zdrowo - ponoć ludziom odbija na starość, mnie chyba zaczęło się trochę wcześniej :p - ale generalnie jadło się normalnie, bez tej całej schizofrenii i paranoi jaka się narodziła zupełnie nagle, niespodziewanie, boleśnie. Mam czasem, by nie powiedzieć często, takie wrażenie, że dziś już nie można jeść spokojnie, nie myśląc o kaloriach, indeksach glikemicznych, wyższość nierafinowanej żywności nad fast foodami, otyłości, cukrzycy etc. (można sobie dopisać całą listę wg uważania.). W przeszłość odeszły czasy drożdżówek na drugie śniadanie w szkole i mocno przesłodzonych soków w kartonikach - bo z każdej strony krzyczą, że trzeba uważać, że za słodka, że niewiadomocojeszczeiilejeszcze. I pewnie mają rację ci co krzyczą, bo czas też się zmieniają, nawet jeśli ciężko to zaakceptować. Tylko w duszy się cieszę, tak sama dla siebie, że załapałam się jeszcze na kawałek normalnych czasów. Teraz za drożdżówkę podziekuję, z różnych powodów. Z soków pijam najchętniej wodę (sic!), a do fastfoodowych restauracji wchodzę w potrzebie fizjologicznej. I żyję, choć ponowne odkrycie jogurtu o smaku truskawki - nie odtłuszczonego, najnormalniejszego z wszelkimi niedobrodziejwstawi produkcji - z bułką (dobrze, bułka własnej roboty z mąki z pełnego przemiału) było wniebowzięciem... i takie cuda się czasem normalnemu człowiekowi przydarzają. Bułka i kubek jogurtu o smaku truskawkowym był podstawowym daniem drugośniadaniowym w którejś klasie liceum - już nie pamiętam. Biegło się do sklepu po w-f-ie, siadało się na schodach i bułką wygarniało jogurt. Miód w gębie. Jak niewiele trzeba, by człowiek był szczęśliwy. (Był też rosół z kur bez piór, czyli proszek superkubek, który pewnie nawet nie stał w pobliżu czegokolwiek co mogłoby mieć związek z rosołem).
Przez trzy dni właściwie nie gotowałam, bo szkoda było czasu. Dolewałam tylko kawy i rozmwiałyśmy i rozmawiałyśmy. Ale dziś upiekłam chleb. A jakże, razowy, wg Montignaka, ale to nic. Jest wspaniały, a jogurt poziomkowy - tak to jest jak się niedokładnie czyta etykiety :p - czeka na bliższe spotkanie.
O radości!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



