piątek, 18 marca 2011

W tzw. wolnej chwili zajęłam się pracami archeologicznymi (odkrywkowymi)...
... pamiątkowe wpisy w Museum Polarnym w Tromso, a wśród nich wpis po polsku z 1965 r. ... ku pokrzepieniu...

sobota, 12 marca 2011

...


Nie kupiłam gazety. Ku mojemu zaskoczeniu pierwsze strony nie krzyczały o wczorajszym kataklizmie (poza dwom największymi dziennikami). Postanowiłam zatem zaczarować rzeczywistość. Uchwycić te chwile, kiedy 'rozlegała' się jeszcze cisza przed burza...


Statek 'Legend' w porcie skutym lodem

Nowa Opera w Oslo

Droga do Akershus festning (twierdzy strzegącej Oslo)

piątek, 11 marca 2011

Nie czytam gazet, bo tutejsze nie reprezentują zbyt wysokiego poziomu. Telewizji też raczej nie oglądam, bo patrz jak wyżej, albo jeszcze gorzej. Wczoraj przez przypadek włączyłam TV... potem w ruch poszedł internet. Migawka, ulotna chwila zanim trzeba będzie wrócić do pracy. Mój mózg przerabia informacje, ale do końca nie dociera, co się wydarzyło, bo za oknem słońce świeci, ludzie dziarsko maszerują z jednego kierunku do drugiego, mewy krążą po niebie. Normalność. Codzienność. Trudo uwierzyć, że na durgim końcu świata ludzie walczą z potężną naturą i niestety po raz kolejny upada mit o jej ujarzmieniu, o pokonaniu tej, której pokonać się nie da.

Wraca P. i mówi, że Kaya odpisała, że jest cała. Kaya jest znajomą z Japonii, mieszka w Kyoto... na szczęście. Dziwne to uczucie czytać maila od kogoś, kto poszedł rano do pracy, jak w każdy zwykły dzień, a do domu wrócił pełen horroru i niedowierzania, że świat za oknem nie jest konstansem. Oglądamy zdjęcia na BBC i CNN. Słuchamy przejętego głosu dziennikarza, który opowiada o tym, jak w roku 2004 też był w tym rejonie świata.

Wieczorem przed snem patrzę na bezchmurne niebo i wsłuchuję się w niczym niezmąconą ciszę.

Dzisiaj jest piękny, słoneczny dzień. Błękit nieba dominuje nad miastem. Rozważam, czy po śniadaniu pójść po prasę (tę o nie za wysokich lotach :s), bo z jednej strony chciałabym wiedzieć, z drugiej boję się tego, co mogę zobaczyć. Jak wygodnie jest w naszym pieknym, wspaniałym świecie. Inni muszą stawić dzielnie czoła nowemu ...

środa, 9 marca 2011

Wizyta znajomych przypomina mi, że świat wciąż toczy swój garb, że słońce wciąż wstaje na wschodzie, a zachodzi na zachodzie. Nie odkrywam Ameryki, bo dawno temu zrobili to Wikingowie, więc pozostoje mi tylko czytanie o ich wielkich wyczynach w czasie tych krótkich porannych chwil, gdy komputer dopiero rozgrzewa swoje procesory przed kolejnym dniem pracy. Rutyna ograbiła mnie z myśli co bardziej twórczych, bo nie mogę twierdzić, że pozbawiła mnie myśli w ogóle. Przeciwnie. Jednak znalezienie czasu na zapisanie ich, zedytowanie, umieszczenie tutaj wydaje się być wyczynem na skale odkryć Wikingów.

Kiedyś powiedziałabym, że klisze ze zdjęciami kurzą się w szufladzie, dziś powiem, że zalegają w komputerze, obniżając jego moce przerobowe. Gdy ostatnio pojawiła mi się informacja, że mam mało miejsca na dysku, zaczęłam dociekać co to znaczy mało i okazało się, że BARDZO mało - 30 GB samych zdjęć i klipów. Obiecałam sobie, że się za to wezmę, że je przejrze, posegreguję i umieszczę coś na blogu. I tak robię kolejną kawę, a blog świeci pustkami. I rośnie góra zdjęć do przejrzenia, książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, miejsc do odwiedzenia i pracy przybywa... tylko doba wciąż ma 24 godziny... dobrze, że dzień staje się coraz dłuższy.

piątek, 28 stycznia 2011

Ostatnio udało mi się ukraść kawałek sobotniego poranka. Czysta dekadencja!


Jutro P. wyjeżdża, więc pewnie będę kraść inną część dnia.
Pozdrawiam

wtorek, 18 stycznia 2011

Północne jasności

Zmiany, zmiany, bieganie, załatwianie, odmawianie... cisza ostatniej chwili przed świtem, blask księżyca o 4 nad ranem.

Kiepsko sypiam. Czasem lepiej, częściej gorzej. Nie postrzegam tego jednak, jako kary, czy przekleństwa. Jest jak jest, trzeba zaakceptować i iść dalej. Gdy obudziłam się w o 4 nad ranem, przez chwilę próbowałam jeszcze pospać, uszczknąć jeszcze kawałek snu. Nic z tego. Wstałam więc, poszłam do pokoju dziennego. Zaskoczyła mnie ilość światła. Zdecdyowanie za duża, jak na tę porę doby, zdecydowanie za duża jak na tę szerokość geograficzną. Wyjrzałam przez okno - księżyc w pełni panoszył się dumnie po bezchmurnym niebie. Wrażenie świtu było nieodparte, choć wiedziałam, że słońce nie wzjedzie wcześniej niż przed 8.3o. A jednak... ostatnio Parco Sempione zamieniłam na sąsiedztwo Vigelandsparken.
Taka niewielka (sic!) zmiana położenia względem słońca. I nie przeszkadzają mi krótkie dni, a czasem wręcz brak słońca, czy światła w ogóle, ilość śniegu, która przy obecnej temperaturze, źdźiebko za wysokiej jak na tę porę roku, zamienia się w breję, zakutani ludzie przemykający ulicami bez patrzenia na to, co się dzieje wokół, brak pośpiechu, hałasu, gwaru wielkiego miasta. Przeciwnie. A gdy słyszę ryk wchodzącego do fiordu promu, czuję, że jestem we właściwym miejscu - bliżej morza już być nie można. A o kawiarniach, piekarniach... dużo można by opowiadać. Chwilo trwaj...

czwartek, 2 grudnia 2010

Powroty

Wstaję przed świtem
odsłaniam roletę... pada... śnieg.

Budzę P. i mówię, że pada... śnieg!

Włączam komputer, wyszukuję stronę
przecieram oczy, bo wierzę, że o 5 nad ranem
jeszcze ciągle nie akomodują
we właściwy sposób.

Jedziemy mimo wszystko.

Czekanie. Zawsze czekanie...
jakby nikt nie pamiętał, że
Godot nie przychodzi, że należy zmienić lekturę!


Kupuję kawę, rogalika, gazetę...


Łapię chwilę, gdy mgła albo osiada
albo się podnosi
jeszcze nie wiem
liczę, że się wypogodzi.


Nigdy nie byłam dobra z matematyki.
Ale tej nocy śpię we własnym, cieplutkim łóżku.