piątek, 15 października 2010

słów kilka...


To miłe dowiedzieć się, że ktoś tu zagląda, że czyta i czerpie jakąkolwiek przyjemność z mojej grafomanii. Z drugiej strony tym bardziej czuję wyrzuty sumienia, że tak beszczebelnie opuściłam swego bloga, a w raz z nim jego czytelników. Ale nie chcę nikogo łudzić i zwodzić obietnicami poprawy. Ostatnio czas nie działa na moją korzyść, nie współpracuje, wręcz przeciwnie, wyciska ostatnie ślady kreatywności tudzież chęci do działania. Ale mam wolę, jak to się oświadczało na maturze (sic!), tylko pewnie z regularnością będzie krucho. Ciągle jeszcze czai się w zakamarkach mój wielki post o NiePamiętamJużoCzym. Pamiętam, że miał być, co już poczytuję za sukces, zwarzywszy że ostatnio muszę ciągle nosić przy sobie kartkę i długopis, bo inaczej bym pewnie zapomniała, że mam oddychać.
Ale co ja tu będę smęcić o prozie życia, którą każdy doskonale zna z własnego podwórka. Za to opowiem o nie prozie nieżycia w wydaniu magazynów dla kobiet (poniekąd). Otóż zaczęło się od tego, że postanowiłam w końcu zabrać się za włoski. Bo głupio, bo wkurza, no i ostatecznie dobrze jest wiedzieć co się dzieje wokół, a nie tylko potakiwać głową w takt nikomu niesłyszalnych rytmów z pogranicza hipnozy i ezoteryzmu. Takie postanowienie ‘postanawiam’ sobie dość regularnie. Ot, tak ze trzy-cztery razy w miesiącu, a czasem i częściej. Z reguły kończy się na pierwszym akapicie artykułu tudzież rozdziale książki. Dlatego wzięłam sobie siebie na poważną rozmowę i rozmawiam tak: dlaczego się nie uczysz? Bo tyle rzeczy na głowie, bo to ciągłe szukanie w słowniku, bo nie rozumiem, blablaabla. A dlaczego musisz brać książki o judaizmie, artykuły o polityce lub gospodarce jako bazę do nauki? Hmm, tu zostaję ścięta z nóg i leżę sobie przez chwilę na podłodze rozważając potencjalne powstanie (w międzyczasie dostrzegam dwa pyłki kurzu i zaczynam organizować grupę sprzątającą), bo… wyduszam z siebie niczym wywołana do tablicy… bo… jąkam się, jak to bywało pod tablicą, gdy w głowie zero wiadomości na pytany temat, a mózg, jak na złość, na urlopie na żądanie… bo… lubię?Q? Masochizm, zapewne. Nastaje cisza, patrzymy na siebie, tak szczerze od serca. Głupiaś – krzyczy. Potakuję głową – głupiam – potwierdzam. Koniec aktu, można się rozejść! Wniosek jeden mnie nachodzi, że zbyt ambitnym też nie można być, bo się robi sobie samemu pod górkę. Zatem w przypływie olśnienia wpadłam na pomysł, że będę się uczyć włoskiego z gazet mniej ambitnych (boli, aj jak boli). Podało na magazyny kobiece (tak a propos to magazyny kulinarne nie miały dobrego wpływu poza tym, że słownictwo z tego działu opanowałam pewnie lepiej niż przeciętny Włoch :p). Wybrałam się więc pewnego pięknego dnia (a dokładnie wczoraj) do tzw. kiosku. Niebezpieczeństwo tego miejsca wynikało z faktu, że jest tam wiele gazet obcojęzycznych, więc mogła stracić silną wolę i uno kupić magazyn kulinarny (język bez znaczenia, z reguły i tak oglądam zdjęcia :p), due kupić jakiegoś Economista, tre w odruchu desperacji porwać się na Internazionale (czyli polityka plus ekonomia ze szczyptą społeczeństwa i kultury). Stoję w środku, patrzę na okładki i nic. Chodzę, marudzę sobie pod nosem i nic. Pan sprzedawca wodzi za mną zdziwionym wzrokiem, ale ostatecznie rezygnuje z aktu pomocy, pogrążając się w lekturze. Snuję się między kolejnymi działami, nic nie widzę. Przyszedł mi do głowy tytuł, szukam, nie widzę. Szukam dalej – nic. Snuję się jeszcze kolejne pięć minut i nic z tego nie wynika. Patrzę na te wszystkie magazyny obcojęzyczne (niewłoskie) i ręką sama sięga. Ale jestem dzielna. Patrzę w pewnym momencie na pana sprzedawcę i zdesperowanym głosem pytam się o tytuł. Nie ma. A to, ale po włosku? Nie ma, już się skończyło. A to? Też. A coś w tym stylu? Hmm, patrzy na mnie, kobiece magazyny są tutaj. Jest Elle na przykład lub Annamaria czy jakiś inny cud, którego imienia nawet nie potrafię powtórzyć. Klękam (sic!) przed półką. Biorę do ręki jeden egzemplarz i płakać mi się chce. Kolejny – to samo. Patrzę i nie wierzę własnym oczom. Sięgam po Elle. I … odpada mi prawie ręka. Bodutku, cóż to oni do tego dołożyli, książkę telefoniczną czy jak?Q? Ponieważ magazyn był zafoliowany nie miałam okazji mu się przyjrzeć. Naiwnie spojrzałam na grubość i stwierdziłam, że w takim ogromnie stron na pewno znajdę coś do czytania. Zatem zadźwigałam tę kobyłę do kasy, zapłaciłam całe 3 euro (inwestycja w naukę :p)! i udałam się do domu. Nadszedł wieczór. P miał jeszcze jakąś dodatkową fuchę, więc miał wrócić późno, dlatego też korzystając z okazji, usadowiłam się wygodnie na kanapie z kubkiem ciepłej herbaty (jeszcze nie grzeją, a wieczory już zimne się robią) i zabrałam za ‘lekturę’. Przerzucam ot tak kilka stron, przerzucam kolejne i jeszcze kolejne i już wiem, że to nie książkę telefoniczną dodali, tylko katalog reklam firm odzieżowych. Rozpoczynam poszukiwania czegoś co ma znamiona tekstu. Przewracam stronę po stronie, powoli, by nie przeoczyć potencjalnych bloków tekstowych, które liczę, że czają się w rogach, czy innych kątach stron. Po chwili zaczynam wątpić w możliwości percepcyjne moich oczu. Rozróżnianie kolejnych kurtek, butów, swetrów, czapek i torebek wydaje się sportem ekstremalnym. Tekstu jak nie było tak nie ma. Postanawiam działać metodycznie. Zabieram się od początku. Pierwsza strona – reklama, druga strona – reklama, trzecia strona – reklama, strona 120 – edytorial :o aż się zdziwiłam. Z ciekawości, a może bardziej z obawy, by nie powiedzieć rozpaczy, spojrzałam ile stron ma ten magazyn. Myślę, że zdecydowanie za dużo. Ostatecznie dotarłam do strony 344 i dowiedziałam się o jednej potencjalnie ciekawej książce o pani Wietnamce mieszkającej w Kanadzie, kątem oka zarejestrowałam jakieś wzmianki o wydarzeniach co bardziej kulturalnych, nowych filmach tudzież nowościach książkowych, gdzieś przewinęła się Julia Roberts, aczkolwiek nie wzbudza ona jakichś wielki we mnie emocji, Leonardo di Caprio (idem) i to by było na tyle. Aż boję się pomyśleć czego NIE ma na kolejnych 400 stronach. Odłożyłam więc tę cegłę na bok i pogrążyłam w rozmyślaniach. Nie! Skłamałabym, gdybym powiedziała, że ten magazyn wywołał u mnie jakąś refleksje. Siedziałam na kanapie i sama nie wiedziałam, co myśleć. Jako że nie pozwalam sobie na takie folgowanie jak niemyślenie, więc ostatecznie przemyśliwałam sobie ideę kobiecych magazynów w kontekście globalnym, innymi słowy czy magazyny odpowiadają na zapotrzebowania kobiet, czy kobiety ‘potrzebują’ tego, co im wmawia magazyn. I oczywiście, gdzie w tym wszystkim jestem JA. Poszło szybko. By zacząć od końca – doszłam do wniosku, że mnie nie ma, potem że magazyny kreują potrzeby, a nie odwrotnie, a na sam koniec stwierdziłam, że Ameryki to ja nie odkryłam na pewno i że nie chodziło o rozrachunek z życiem człowieka na łożu śmierci (tu już chyba przegięłam), ale by poczytać jakieś pierduty (przepraszam za wyrażenie) po włosku. Zadzwonił telefon. P. wraca i jest straaaaasznie głodny. Na twarz mą powraca uśmiech. Biorę się za kuchcenie – szczegół, że jest 22.oo – a w przerwach zaczytuję się w porywającym artykule o wpływie ekstremalnych warunków na człowieka jako jednostki i jako części społeczeństwa (zaczęło się od słynnego eksperymentu, gdzie na 500 dni zamknięto grupę osób w czymś przypominającym warunki statku kosmicznego) – po polsku. Pokrzepiające!

Sprostowanie. W dniu następnym postanowiłam podjąć kolejną próbę zmierzenia się ze wspomnianym magazynem i by być szczerą chyba nie jest AŻ tak źle. Znajdzie się nawet coś do poczytania, tylko dlaczego na zasadzie: przerywamy reklamy, by rzucić ze dwa akapity tekstu?Q? Ahjo, najwyraźniej nie rozumiem kultury obrazkowej. Właściwie to na każdym kroku przekonuję się, że chyba tylko przez przypadek nie ‘wyginęłam’ razem z dinozaurami. A mówią, że starsi ludzie nie rozumieją młodego pokolenia… a co ja mam wtedy powiedzieć?
Tyle. Życzę miłego, niezobowiązującego weekendu!

czwartek, 2 września 2010

...

Jestem.
Żyję, choć mogłoby się wydawać inaczej w wirtualnym świecie. Taki paradoks trzeba przyznać, bo ostatnio z komputerem niemal sypiam. Ale pewnie dlatego wieczorem nie mam już siły na pisanie. Przyznam się bez bicia, że zupełnie niedawno zdałam sobie sprawę, ileż to już czasu milczę na mym blogu. Pierwsza myśl: niemożliwe. Druga myśl: a jednak. Trzeci myśl: chyba się starzeję :p To niesampowite jak czas szybko leci. Nie zdążę się nawet porządnie obejrzeć, a tu bach, kolejne miesiące z głowy (sic!). I tylko stos książek urasta do apokaliptycznych rozmiarów. Od czasu do czas sprawia wrażenie, jakby się chwiał, zastanawiam się czy upadnie, albo raczej kiedy. I co wtedy się wydarzy. Przez letnie upały i ciągłe niebycie w domu wyobcowałam się z kuchni, tylko piekarnik partyzant odetchnął z uglą. Nie wie, że wkrótce nadejdzie zima i nie obejdzie się bez jego wsparcia. Poza tym ostatnio cierpię na nieuzasadniony brak apetytu, albo przynajmniej samoświadomości kulinarnych zachcianek, czyli sama nie wiem, co bym zjadła, więc po raz kolejny na taśmie pojawia się jogurt. Muszę przyznać, że to genialny wynalazek :D Ale ileż można pisać o jogurcie?Q?

Planuję... już od jakiegoś czasu porządny wpis i ... planuję. Ale nie mam melodii, jak to mawia moja rodzicielka. Jednak zbieram się w sobie. Kawę wciąż piję, choć w ilościach ograniczonych, najwyraźniej niewystarczających, by mnie zmusić do nocnego siedzenia tudzież pisania. O dziwo zaczęłam sypiać jak człowiek i teraz z kurami wstaję (sic!) - choć wciąż łechcę swoje ego nazywając się człowiekiem :p - więc może powinnam pisać o świcie. Rozważymy tę kwestię. Tymczasem udam się na spoczynek, albowiem dzionek jutro pełen zadań, a ja chcę być przygotowana na stawienie im czoła, a jak!!! :p

Pozdrawiam i życzę spokojnej nocy!
D!

wtorek, 11 maja 2010

Pogoda mnie nie lubi. Zdecydowanie. Oberwanie chmury, które się przetoczyło nad miastem jest tego niezbitym dowodem. A żeby nie było za dobrze, to załączam migawki z naszego ostatniego wypadu. Wyjeżdżalismy z deszczem. Następnego dnia rano w gazecie na pierwszej stronie było wielkie zdjęcie z informacją, że w Nicei jest stan klęski żywiołowej. Czemu nie :p Ostatecznie okazało się, że to tylko zabieg w celu sprawniejszego doprowadzenia do porządku poobijanej przez fale plaży.




Zrobilismy sobie też nocny wypad do Cannes. Szczęscie, że dopiero się przygotowywali do Festiwalu.


Zaopatrzyłam zatem lodówkę. I niech sobie pogoda nie mysli, że mnie złamie. :p
Pozdrowienia_

poniedziałek, 10 maja 2010

W chmurach

Wróciłam. Wciąż mam dwie ręce, dwie nogi, parę niedowidzących oczu i resztki jeszcze niesiwych włosów. I cieszy mnie ten fakt, jakkolwiek dziwnie on może brzmieć. Może to pierwsze objawy paranoi, albo jakiejś innej niedyspozycji psychicznej. A może to nic. Normalna sprawa w wiadomych okolicznościach. Z której strony by jednak nie patrzeć, to dziwne wrażenie nie pozostawiło mnie obojętną. Pierwszy raz w życiu (tak mi się mocno wydaje) nie mam ochoty podróżować. Tak. Zgadza się. Napisałam to. JA. Z czystą perwersyjną świadomością.Najchętniej zaszyłabym się w chatce w górach i przeczekała ten cały gorący (sic!) okres. Jakoś nieszczególnie przeraża mnie perspektywa, że mógłby to być długi okres. Miałabym święty spokój i świeże - miejmy nadzieję - powietrze. Niestety nie da się. Życie zmusza nas do pewnych ruchów, mniej lub bardziej dosłownie. A że wystarczy chwila, by wszystko się przewróciło do góry nogami, tego chyba nikomu nie muszę wyjaśniać. Póki co u mnie nie zmieniło się nic. Jest jak było i jestem z tego faktu więcej niż kontent. Ale przez chwilę, wtedy, w chmurach czy też mgle, naszła mnie myśl, że ten stan rzeczy może ulec zmianie. 

Prognoza pogody nie była może zachwycająca, ale nie wywołała szczególnych wątpliwości czy obaw. Dopiero na lotnisku, gdy na tablicy odlotów pojawiła się informacja o opóźnionym locie, zapaliła się lampka ostrzegawcza. Na chwilę, doprawdy na ułamek sekundy, bo ostatecznie linia lotnicza, z którą miałam podróżować nie słynie, przynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia, z punktualności. Wątpliwość jaka się zrodziała brzmiała: Czy to w Gdansku są kłopoty, czy wcześniej na trasie coś się opóźniło? Ostatecznie samolot miał dwu godzinne opóźnienie. Przyleciał jednak, wystartował i wszystko niby toczyło się swoim normalnym trybem. Do czasu gdy odezwał się kapitan, mówiąc, że jest duża mgła w Gdańsku i nie wiadomo, czy będzie można tam lądować. Bosko! Nie widziałam swojej miny w tym momencie, ale zapewne nie była najbardziej promienna. Facet koło mnie spojrzał się na mnie z wyrazem rozpaczy, no prawie, i nie pewnie wyjąkał, czy przez przypadek mówię po włosku. Co nieco się da wyartykuować. Zatem zaczyna się nasza konwersacja o tym, co szacowny pilot był raczył powiedzieć jedynie po angielsku. Facet zaczął się denerwować. I co tam będę owijać w bawełnę. Miało to niekorzystny wpływ na myśli, które zaczęły masowo przetaczać się przez moją głowę. Ostatecznie jednak uznałam, że choć nie uśmiecha mi się jechać z Wawy do Gda autobusem, to jednak znacznie bardziej wolę tę opcję niż kombinowanie. (Tu zaczyna się pseudo lub nie paranoja). Po kilku czy też może kilkunastu minutach pilot oznajmia, że widoczność w Gdańsku się poprawiła i że będziemy lądować zgodnie z rozkładem. Facet koło mnie uspokoja się. Za to ja wyglądam przez okno. Nic nie widzę. No nic, jeszcze wciąż jesteśmy wysoko. Ale gdy samolot ewidentnie zaczyna obniżać lot, pojawia się wyczuwalny wzrost ciśnienia (sic!) w kabinie. P wygląda przez okno. Nic nie widzi. Facet koło mnie przechyla się, by coś zobaczyć. Zaczyna się dopytywać o szczegóły, jak wygląda podróż z Wawy, ile trwa etc. Lecimy coraz niżej, ale wciąż nic nie widać. Hmm, paranoja zaczyna mi się udzielać. Przychodzą do głowy myśli niekoniecznie potrzebne w tej chwili. Patrzę na P, a on na mnie. Nic nie widać. Samolot obniża lot. Widoczność bez zmian. Facet obok się denerwuje, przez co i mnie się udziela. P wygląda przez oko: mleko, nic nie widać! Facet obok mówi, że już i tak jest spóźniony, nie może lądować w Wawie. Patrzę na niego z niedowierzaniem. Ja mogę lądować nawet w Bhurkina Faso, byle by wylądować w jednym kawałku. Za oknem bez zmian. Zaczyna się przygotowanie do lądowania. Słychać jak silniki spowalniają, wysuwa się podwozie. Musimy być już nisko, ale wciąż nic nie widać. Facet obok pyta, czy to normalne, że lądujemy w takiej pogodzie. Patrzę na niego. Mówię: nie. Tak w ogóle to pogoda nie jest nornalna. Mamy maj. Powinno być ładnie, świecić słońce. Taka pogoda jest w zimę. Wtedy to standard niemal, że ląduje się w innym mieście, albo w ogóle nie wylatuje. Jestem wredna. Wiem, ale stresuje mnie ten facet. P włącza się do rozmowy, choć sam nie wie, co powiedzieć. Na pewno jest ktoś, kto ocenia sytuację. Jeśli lądujemy, to znaczy, że da się wylądować. Myślę, że zbędne są tutaj analogie. Pojawiały się one w mojej głowie jak karawana Marco Polo podążająca do Chin. Mówię sobie, że wolę jechać 5 godzin autobusem. Nie ważne, że do domu dotrę o północy. Może być i jutro rano. Samolot jest już bardzo nisko. Za oknem mleko. P wytęża wzrok, ale nie widzi pasa. Może pilot ma jakieś specjalne szyby, bo w przyrządy to nie wierzę. Nagle... silniki ruszają pełną parą, samolot podrywa się, wbija wszystki w siedzenia i ciągnie w górę. Gdyby nie warkot silników, cisza byłaby przerażająca, na wdechu, z przymkniętymi oczami. Po dwóch długich minutach odzywa się kapitan: ' Za około 6 minut spróbujemy ponownie.' Nie wierzę własnym uszom. Chcę do Wawy. Marzę o wycieczce autokarowej (sic!). Myśli, które w takiej chwili nawiedząją głowę są zupełnie bez sensu. A jednak rodzą się i ciężko z nimi walczyć. Ostatecznie sama, bez przymusu wsiadłam do tej przyciężkawej puszki z metalu. Drugie podejście. Chcę chwycić P za rękę, ale mam wrażenie, że to za bardzo teatralne. Albo że wtedy to już się zupełnie rozłożę, że ręce będą mi drżeć w rzeczywistości, a nie tylko w moim mógzu. Patrzę na niego jak wypatruje skrawka ziemi. Nie próbuję nawet zgadnąć co myśli. Samolot obniża lot. Wszystko wydaje się takie spokojne, kontrolowane. A jednak człek ma wielkie poczucie bezsilności. Nie może zrobić nic. Wielkie nic. P wygląda przez okno, patrzy na mnie i mówi, że nic nie widzi. Chcę powiedzieć, że wolę lecieć do Wawy, że nie ma sprawy z 5 godzinną wycieczką autokarem po polskich drogach. Milczę jednak. Może to było tylko moje wrażenie, a może tak było naprawdę, ale w kabinie panowała cisza podszyta wyczekiwaniem. Miałam wrażenie, że nikt nie waży się oddychać, bo nawet najmniejszy ruch może wprowadzić niekorzystne zawirowania. Czuję jak samolot obniża pułap. Za oknem bez zmian. P wciąż wypatruje skrawka czegokolwiek co miałoby kolor inny niż biały. Facet obok zamknął oczy. Nie wiem, co myśli i nawet nie chcę zgadywać. Siedzę wpatrzona na fotel przede mną i staram się nie myśleć. Nie da się. Wyglądam przez okno. Nic nie widać. Przychodzi mi na myśl 'Miasto ślepców'. Mleko. Biel. Taki musiał być ich świat. Lecimy coraz niżej, ale nic nie widać. W pewnej chwili P mówi: jest. Widać pas. W kilka sekund później koła dotykają ziemi. Delikatnie, niemal niezauważalnie. Ciężar maszyny podniesiony do potęgi trzeciej opada na niewielkie kawałki gumy. Wytrzymują. Gwałtwone hamowanie wbija wszystkich w fotele. Jeszcze wciąż nikt nic nie mówi, jeszcze wciąż wielu nie waży się oddychać. P patrzy na mnie, a ja na niego. Gdy samolot wyhamowuje wystarczająco, by bez obaw zatrzymać się w granicach pasa, rozlegają się brawa. I pierwszy raz nie uważam, że to głupie. Przeciwnie. Pilot wykonał świetną robotę. Brawa są długie, silne, przepełnione wdzięcznością. Kołujemy na miejsce postojowe. Przytulam się do P. Jest dobrze, choć w środku cała się trzęsę. Nie zdążymy wysiąść z samolotu a następuje oberwania chmury. Jest zimno, deszcz zacina. Chyba już nikt nie wyląduje w ciągu najbliższych minut, a może nawet godzin. 
Tej nocy nie mogę spać. Myśli, niczym husaria pod Wiedniem, przewalają się przez moją głowę. Perspektywa powrotu jest niepokojąca. W niedzielę dowiadujemy się, że nad północnymi Włochami zamknięta została przestrzeń powietrzna w związku z chmurą wulkaniczną. Mam dość. Co jest z tą pogodą? Jakby mnie prześladowała.
Wrócilismy. Samolot przyleciał z 25 minutowy wyprzedzeniam. Gdy weszłam do domu, miałam ochotę położyć się do łóżka i spać.
Nie jadę nigdzie na wakację. No chyba, że do chatki w górach, choć i tam kiedyś dopadła nas powódź :s
Dziś będę spać jak dziecko. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Pozdrawiam z bezpiecznej kanapy.

wtorek, 4 maja 2010

Krótka rozmowa telefoniczna

Dzwoni telefon.
- Cześć kochanie. Jak się masz?
- Cześć Misiu, dobrze, a Ty?
- Umieram z głodu. (P wymyślił sobie restrykcyjną dietę i teraz - dzień drugi diety (sic!) - cierpi nieziemskie katusze, o czym musi kominukować z dużą częstotliwością, by przez przypadek nikomu nie umknął fakt, jak bardzo P się poświęca :p )
- Pech.
- Żartuje. Nie jest źle. Słuchaj, dzwonił do mnie  P. z R., do którego dzwonił B.
- Aha
- I chciał, żebym znowu pojechał do N. Pojechałabyś ze mną?
Cisza. Bardzo krótka to była chwila ciszy, bo tak naprawdę nie było się nad czym zastanawiać.
- Kiedy?
- Jutro z rana. Ale raczej nie będę tam nocował.
- Aha. A jak wcześnie z rana?
- 5.
- Hmm… dobrze.
- Jeszcze musiałbym się dowiedzieć szczegółów.
- Oki.
- Zadzwonię za chwilę.
10 minut później.
- Cześć kochanie, to ja.
- Cześć. (udaję zaskoczenie :P)
- Zatem… P chce żebym pojechał jeszcze dziś wieczorem, by rano być już w biurze. Co sądzisz?
- Aha. Dobrze.
- Pojedziesz ze mną?
- Pojadę. Sprawdzę tylko prognozę pogody. Dam ci znać.
- Buziaki.
Prognoza pogody: leje, wieje, relatywnie zimno.
‘Pojedziesz ze mną’ dźwięczy mi w uszach. ‘Pojadę’ pada odpowiedź.
Kurcze, gdzie to słońce się podziało?Q?Q?Q?QQ?Q??Q?Q?

piątek, 30 kwietnia 2010

Czasem brak słów. Nic nie składa się do 'kupy'. Mysli nie zostają wystarczające długo, by je pozbierać i utkać z nich cos sensownego. Zatem,.... tymczasem zdjęcie, jedno czy dwa. By złapać ulotne chwile.


piątek, 16 kwietnia 2010

Za pisanie zabieram się już ... sama nie wiem od kiedy. Napierw  były Święta i przy całym zamieszaniu jakie bywa przed Świętami i moim przerostem ambicji nad możliwościami, zabrakło czasu na zdjęcia, by już nie wspominać o pisaniu. A potem nadszedł 10 kwietnia i w pierwszej chwili wyrwałam się do pisania, by ostatecznie zrezygnować na rzecz pustki i świętego spokoju, którego wydawało mi się wymagała sytuacja.
Potem wiele razy układałam sobie w głowie tekst, który chciałabym napisać na swoim blogu, post o dniu dzisiejszym, wczorajszym, o czymkolwiek, ale jakoś ostatecznie zawsze schodziło mi na tę sobotę. Nie chciałam i wciąż nie chcę pisać o tym, co się wydarzyło. Nie dlatego, że mnie to jakoś szczególnie nie poruszyło - nie zrozumcie mnie źle, ruszyło, nawet bardzo - ale dlatego, że już wszysyc wszystko napisali, wykrzyczeli, obfotografowali i nie pozostaje mi nic więcej do dodania. I lepiej. Postanowiłam nie włączając się w dyskusję, uczcić pamięć tych, których już nie ma, bez wyróżnień, rang i zasług. To nie ważne. Zginęli i tyle. Należy iść dalej, bo martylologia i umęczanie się niczemu nie służa, a wręcz przeciwnie, prowadzą do jeszcze większej depresji i głębszego przekonania, że pozostajemy wycieraczką, która pojawia się na wizji, tylko wtedy, gdy nastąpi jakiś sensacyjny brak jej struktury. Ale dość, bo nie miałam pisać o 10 kwietnia, ani o żadnym innym kwietniu, ani innej czerwcowej niedzieli.

Ostatnio mało widzę ze świata. Zasłonili go nam niemal doszczętnie, okraszając tę pustkę bliżej nieokreślonymi dźwiękami, które po kilku godzinach mogą doprawadzić do czynów niekotrolowanych. Dlatego uciekam do innego świata, pozornie spokojniejszego i cichszego. Zabieram 'pracę', sadowię się wygodnie z kubkiem kawy bądź herbaty u boku, okresowo także zaszczycana towarzystem kotowatego stworzenia, które wykazuje zapędy samobójcze. Napawam się światłem, świeżym (sic!) powietrzem, spokojem. Zagłębiam się w lekturze. Wczoraj musiałam wrócić do ciemności, do stukania, pukania, obijania, dźwięków dziwnego języka i migających za oknem cieni. Czułam się jak osoby, które nie mogą wychodzić na światło dzienne, bo ich skóra jest za wrażliwa. Albo przynajmniej tak mi się wydaje, że one mogą się tak czuć. Choć nie ukrywam, że jestem w lepszej sytuacji. Za niecałe trzy miesiące wyjdę z ciemności, oni zapewne nie. W oczekiwaniu na koniec wyroku, upiekłam ostatnio ciasto wg Montignaka, które u P wywołało sprzeczne emocje. Najpierw radości, że w tych ciężkich chwilach katorgii, jaką mu nałożyłam - mało skutecznej, ale jak to facet, nie rozumie, że naprawdę jestem dla niego łaskawa - wykazałam jakieś ludzkie odruchy i upiekłam ciasto. Potem zrezygnowania, by nie użyć mocniejszego słowa typu rozpaczy, że już nawet ciasto nie może być normalne. Nie, nie może i basta. Mnie smakowało, choć muszę jeszcze trochę nad nim popracować. Wersja motignakowa jest jak dla mnie zupełnie bez wyrazu, więc testuje warianty dodawania pewnych elementów smakowych, jednocześnie starając się zachować walory potencjalnej 'zdrowości' tego wypieku. A nie będę ukrywać iż fakt, że P nie smakowało ciasto jakoś szczególnie mnie nie wzruszył, więcej dla mnie :P
Let there be light... please!!!