sobota, 19 grudnia 2009

_Świąteczne rytuały_

Jaka jest pierwsza rzecz, która Wam przychodzi na myśl, gdy słyszycie słowo ‘święta’? Mnie kojarzy się ono przede wszystkim z rytuałem. Są oczywiście świąteczne zapachy, wspomnienia, obrazy, kolory czy uczucia. Jednak dla mnie najpierw pojawia się słowo rytuał. Moje rytuały nie są jednak typowymi, albo przynajmniej tak mi się wydaje. Bo nie myślę o tradycyjnych porządkowaniach, pieczeniu pierników – u mnie w domu tego się nie praktykuje :s – czy wywieszaniu światełek. Myślę o tych wszystkich rzeczach, bez których nie mogę rozpocząć wigilijnej kolacji. Ja, osobiście, przez nikogo nie zmuszana. Tak już mam.
Pierwszą rzeczą, jaka musi zaistnieć to usłyszenie piosenki Johna Lenona ‘War is over’. I nie mogę włożyć po prostu płyty do odtwarzacza i posłuchać jej, o nie! Z tego względu nawet nie posiadam płyty z ową piosenką, choć kilka razy mnie korciło. Piosenkę tą muszę usłyszeć w radio, w sklepie. Musi być w całości, także nierzadko przystaję na chwilę, niezależnie gdzie jestem, by mieć pewność, że uda mi się wysłuchać całego utworu. Uwielbiam go. Z uwagi na fakt, że jest on dość, by nie powiedzieć bardzo, popularny, nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło by nie zrealizować owego rytuału. Choć kiedyś usłyszałam go dopiero w Wigilię ;)
Ubieranie choinki. Niby sztampa, tradycja, oczywista oczywistość. Zgadza się. Jako najmłodszemu członkowi rodziny, choć już nie, ale najmłodszy wciąż nie jest w stanie sam się tym zająć, przypada mi ten niewątpliwy zaszczyt jakim jest strojenie choinki. I tutaj mamy rytuałów dwa. Po pierwsze musi być odpowiednia oprawa muzyczna. I nie mówię tutaj o Lenonie. Bynajmniej. Może wstyd się przyznać, ale to zwyczaj/rytuał jeszcze z czasów, gdym słuchała muzyki nie za wysokich lotów, czyli potocznie zwanej POPem :p Otóż ubieranie choinki może mieć miejsce tylko wtedy, gdy leci świąteczne płyta Hansonów ‘Snowed in’. Jak dla mnie jest genialna, trochę melancholijna, ale też bardzo żywiołowa i ma moje ulubione piosenki świąteczne (aczkolwiek nie z naszego kręgu kulturowego – ah ta amerykanizacji :p). W tym roku wpadłam w panikę, bo płyta się zapodziała, a dzień ubierania choinki zbliżał się wielkimi krokami. Komunikat specjalny: dziś o świcie odnaleziona została, pod stosami starych gazet, płyta. Ogłasza się iż akt dekorowania choinki można uroczyście zacząć! I wszyscy się cieszyli. Szczególnie najmłodszy członek rodziny – nie ja, ten co to nic jeszcze nie może zrobić :p. A drugi rytuał to sam sposób ubierania choinki. Nie wiem, co Wy preferujecie, ale ja gustuję w prostocie, by nie użyć słowa asceza. Moja rodzicielka natomiast postrzega choinkę w dosłownym tego słowa znaczeniu – ma być choinką! Jako że dom i choinka należą do rodzicielki, ja tylko sprzątam :p Tzn. ubieram po swojemu, przychodzi rodzicielka, poprawia, ja kiwam głową, pomagam zawiesić łańcuchy i światełka. Wszyscy są happy. Żyć, nie umierać :p
Rytuał numer trzy, albo i cztery. Kartki świąteczne. Niby to samo, tradycja, standard, choć może i już nie taki znowu standard, bo ostatnio zdałam sobie sprawę, że kartki świąteczne jeśli dostaję, to od jakiś organizacji, ale nie od znajomych etc (od nich w formie elektronicznej :o). W każdym bądź razie ja wysyłam kartki tradycyjne, albo raczej rytualnie je kupuje, potem nie mogę znaleźć adresu, więc nie wysyłam, albo wysyłam za późno :s Wtedy jest mi wstyd, ale nie chcę mieć w domu kolekcji niewysłanych kartek, bo wtedy czułabym się jeszcze gorzej. W tym roku udało mi się już wysłać kilka kartek. Jedna standardowo jeszcze czeka na wysłanie. Znalazłam adres, więc wyślę zaraz w poniedziałek. Nie łudzę się, że dojdzie na święta (bo za granicę ma dojść), ale może chociaż jeszcze w tym roku?Q?
Jak już wspomniałam, nie pieczemy pierników, ale za to robimy faszerowane grzyby. Niby nic, ale stało się to pewnego rodzaju rodzinnym przedsięwzięciem na skalę masową. W szczycie naszego przetwórstwa, czy raczej manufaktury, potrafiliśmy obrobić z 12 kg pieczarek. Jednak po paru latach powiedziałam basta i teraz robimy mniej – tylko 7 kg :p Ale dlaczego rytuał? Bo tak ostatecznie nie mogę się zbuntować i powiedzieć, że w tym roku pieczarek nie będzie. Czegoś by mi brakowało, albo raczej miałabym czegoś za dużo (czasu :p – przygotowanie i pieczenie pieczarek to tak mniej więcej z półtora dnia :p). I w ogóle, to jak mieć święta bez zupy grzybowej. Także siedzę w dzień przed Wigilią w kuchni i przygotowuję pieczarki. Dodatkowo muszę ich jeszcze dzielnie bronić, bo rodzina koczuje pod drzwiami kuchni i gdy tylko pierwsze pieczarki zejdą z ‘taśmy’, przychodzi z widelcami w ręce  i szerokim uśmiechem. Ale ja jestem wredna :p nie dostaną dopóki nie będzie przynajmniej połowy gotowej :p hihihihihihihi. Taki to rytuał :p
Kiedyś miałam także taki poświąteczny rytuał. Uwielbiałam oglądać Kevina (wiecie tego samego w domu i NY). Od kilku lat jednak już go nie oglądam – ileż można. Jednak w tym roku wpadłam na inny pomysł. O tak, jako osoba uciekająca przed rutyną, wymyślam sobie nad wyraz wiele rytuałów (tudzież zachowań rytualnych :p). Ale ostatnio czytałam, że to normalne :o W każdym bądź razie, ostatnio miałam okazję obejrzeć najnowszą wersję ‘Opowieści wigilijnej’. Ze zgrozą stwierdziłam, że właściwie nie pamiętałam historii. Tzn. wiedziałam, że jest Ebenezer Scrooge i że nie lubi świąt etc. Ale jakoś tak szczegóły mi umknęły. Z miłą chęcią obejrzałam więc sobie najnowsze dziecko Zemeckisa, szczególnie, że okazało się iż gra tam Gary Oldman ;) Sam film podobał mi się, choć uważam, że dla dzieci może być trochę przerażający (to nie tylko moje wnioski, przytaczam refleksje dwóch mam rozmawiających w toalecie po seansie :p). Fajnie zrobiony, dobrze zagrany, przyjemna muzyka i sama historia… trochę jak odkrycie. Po wyjściu z kina, stwierdziłam, że należałoby przypomnieć sobie oryginał. Niestety okazało się, że w domu nie ma tej książki, a do biblioteki jakoś mi ostatnio nie po drodze. Jednak w ramach akcji świątecznych pomyślałam sobie, że to będzie mój nowy rytuał :D Czytanie ‘Opowieści wigilijnej’ :D Szczerze powiem, że czasami tęsknię do tych czasów… kiedy czytało się ‘Opowieść wigilijną’ czy generalnie tego typu książki. Myślę, że święta to właśnie taki czas, kiedy warto przystanąć na chwilę i odszukać prawdziwej magii świąt, gdziekolwiek nie miałaby się ona znajdować. Czas, by wyjrzeć przez okno i zobaczyć biały puch, a nie przeszkadzający śnieg, by usiąść z kubkiem gorącej herbaty/czekolady po ciężkim dniu pracy i rozmarzyć się bez ograniczeń, by nie narzekać , nie wkurzać się, nie smucić. Jak kiedyś, gdy się było dzieckiem i czekało na pierwszą gwiazdkę na niebie. To jest dokładnie ta chwila!
Przy tej okazji, chciałabym już teraz życzyć wszystkim  wspaniałych Świąt! Z magią pierwszej gwiazdki, Dickensem, wspaniałymi piernikami, z tymi, którzy są dla nas najważniejsi!
Wesołych Świąt!!!

p.s. a post to mi wyszedł na kilometr :o przeprasza się za to :p

czwartek, 17 grudnia 2009

Czekając na … Gwiazdkę ;)


Długo się wahałam, aż w końcu postanowiłam, że basta, muszę wyrzucić z siebie swoje smutki i żale. Ileż można tak dławić je w sobie i udawać, że nic się nie dzieje, że zerkając na inne blogi, wcale nie jestem zazdrosna i wcale nie czuję potrzeby solidarnego przyłączenia się do grona pięknych wpisów (tzn. moje może nie równałyby się, ale zawsze można pomarzyć). Dlatego też wstałam dziś rano z mocnym postanowieniem grafomańskiego mękolenia na niesprawiedliwości losu. Zatem…
Doznaję pewnej schizofrenii. Z jednej strony jestem zasypana stosem kartek z różnymi przepisami na świąteczne specjały, ale z drugiej czuję ogromną pustkę, potęgowaną wielkim oczekiwaniem na… no właśnie …na czas, kiedy będę mogła przejąć ster, a raczej piekarnik w kuchni i oddać się we władanie szklanek mąk, cukru pudru i innych lasek czy aromatów. Póki co, nici z tego. Jest czekanie. I narastająca frustracja :) Jak można skazywać człeka na takie cierpienie, na przymusową bierność i nieróbstwo? Tzn. nie jest tak, że nie trzeba nic robić. Jest cała masa obowiązków, tylko jakoś dziwnym trafem obchodzą szerokim łukiem kuchenne przestrzenie. Zaglądam więc ukradkiem na blogi, czasem wprost przeciwnie, bardzo inwazyjnie, bez ceregieli, i podziwiam, napawam się wspaniałościami świątecznych aktów. U mnie wciąż pusto :( Spadł śnieg. Przymroziło. I tyle. Migdały wiercą się w paczce, czekolada przestała się do mnie odzywać, przyprawy już dawno schowały się do szuflady i tworzą koalicję na rzecz recyklingu tudzież powszechnego piernikowania. Zrobiłabym z nich użytek, ale pewnie rezultaty nie dotrwałyby do Wigilii, nie wspominając już o kolejnych dniach. Chyba że moje twory byłby by niejadalne ;), co też nie jest wykluczone hihihihihi.
Ostatnio moje kuchenne podboje ograniczają się do szybki potraw, bez fajerwerków czy innych ekstrasów. Nawet zakupy robię ekspresem, nie dając sobie czasu na ‘inwentaryzację’ sklepowych półek w celu szerszego oglądu na potencjalne możliwości wszelakich eksperymentów. Święta, wydawałoby się, sama radość, a ja póki co cierpię katusze i nawet nie wierzę w to, że to za miliony. Święta nie śpieszą się jakoś specjalnie. Szkoda że ciast nie można robić jak czekoladowego kalendarzyka adwentowego, jedno na dzień i tak do Wigilii :p A tak a propos kalendarzyka, to u nas już chyba nie są tak popularne (a może są, tylko ja o tym nie wiem?Q?), ale pamiętam jak jako dziecko musiałam ćwiczyć silną wolę, by wytrwać do Wigilii. Z reguły bezskutecznie :p. We Włoszech kalendarzyki są na każdym kroku, wszelkiej maści i kształtu. Szkoda że nie jadam mlecznej czekolady ;), bym miała choć niewielką przyjemność każdego dnia hihihihihihi…
A teraz idę się zabrać za lepienie… mojej kulinarnej rzeczywistości!
Pozdrawiam

środa, 9 grudnia 2009

Długa droga do domu…

Kiedyś w trakcie lotu zauważyłam pilota udającego się do toalety. Po pierwszym zdumieniu, uznałam, że to dobry znak. Nie wychodziłby chyba z kabiny, gdyby wszystko nie szło, a raczej leciało płynnie?Q? Gdy wczoraj pilot zaczął komunikat zdecydowanie za późno w trakcie lotu (wg rozkładu powinniśmy już lądować), a słowa płynące z głośników przypominały raczej rozsypaną mozaikę, uznałam, że to zdecydowanie niedobry znak. Pilot, jąkając się, wydukał kilka słów o złej widoczności, o gęstej mgle i o potencjalnym lądowaniu w Warszawie. Była dokładnie północ i zgodnie z rozkładem od 20 minut powinniśmy być w Gdańsku. Teoretycznie byliśmy. Zawieszeni gdzieś w chmurach, a raczej na bezchmurnym niebie, krążyliśmy wokół lotniska w Rębiechowie czekając aż łaskawa (sic!) mgła racz ustąpić, pozwalając nam wylądować. Pilot kończy komunikat. By nie było żadnych wątpliwości, stewardessa tłumaczy informację na polski. Tak, mówi,  w tej chwili nie możemy wylądować, więc przez następne 30 minut będziemy krążyć nad lotniskiem, czekając na polepszenie warunków pogodowych. Nie jestem optymistą. Nie będę tego ukrywać, ale w tamtej chwili zmuszałam się do jak najbardziej pozytywnych myśli. Gdzieś czytałam, że jeśli będziemy o czymś intensywnie myśleć, to to się stanie. Byłam nawet gotowa wstać i zmusić wszystkich malkontentów, oj tak, ludzie wyrażają swoje emocje bez problemów ;), do odrobiny wiary w siły natury. Milczałam jednak. W głowie powtarzałam w kółko ‘lądujemy w Gdańsku’, ‘lądujemy w Gdańsku’. Dziewczyna obok mnie nie była tak pozytywnie nastawiona, wnioskowałam o tym najpierw z natężenie występowania słowa masakra w jej krótkich wypowiedziach, potem z samej wypowiedzi: ‘chyba się zabiję jak polecimy do Warszawy’. Hmm, naszła mnie myśl, czy aby warto nawet teoretyzować na ten temat i nieskromnie powiem, że zdecydowałam, że nie warto. Wyraziłam więc swoją opinię na głos i tak zaczęłyśmy rozmawiać. Słowo masakra zaczęło funkcjonować jako przecinek.

Nie trudno się domyślić, że moje prośby, czy raczej pozytywne myślenie okazały się nieskuteczne. Muszę sobie przypomnieć, gdzież to widziałam tę informację na temat skuteczności pozytywnego myślenia na akcje w rzeczywistości. Należy ją zweryfikować. Także ruszyły silniki pełną parą i nie było wątpliwości, mgła w Rębiechowie nie zamierzała odpuścić. Lecieliśmy do Wawy :s Stamtąd podstawionymi autobusami wracaliśmy do Gdańska. To była zdecydowanie długa noc. Dłuższa niż bym przypuszczała. A że minęło dość sporo czasu odkąd ostatni raz pokonywałam jakąś dłuższą trasę autobusem, to generalnie nockę miałam z głowy. Równanie było proste: kołysanie, kiepskie drogi i momentami za duża prędkość oznaczały, że spotkanie z Morfeuszem raczej się dziś nie odbędzie. A jeszcze jak na złość, jedyne audiobooki jakie miałam na ipodzie to ‘Opowieści niesamowite’ E.A. Poe. Jakże stosownie :p

Próg domu przekroczyłam niemal dokładnie o 9.oo Miałam być tak z 8 godziny wcześniej, ale to taki szczegół. W skm musiałam sobie powtarzać, że nie wolno mi zasnąć i nie chodziło nawet o to, że ktoś mógłby mnie okraść. Nie chciałam po prostu wylądować na bocznicy. W sumie to chce mi się spać. W południe może przespałam jakąś godzinę, ku wielkiemu zdumieniu mojej bratanicy, której to miejsce na kocyku na podłodze zajęłam :p Także myślę, że teraz nie byłby to za głupi pomysł by pójść spać. Trzeba odpocząć trochę. Tym bardziej że ostatnie parę dni spędziłam ganiając po Rzymie :o ale o tym może jutro.

Tyle na dziś. Dobranoc!

niedziela, 22 listopada 2009

Siete qui…

Składniki: zepsuta lodówka, brak czasu w tygodniu, koniec listopada, sobota i też brak czasu.
Co może wyjść z takich składników? Bezsprzecznie szał w trampach i trupy siejące się gęsto.
Czy wspominałam może, że nie cierpie zakupów? Pewnie nie raz. A czy wspominałam, że nie cierpie zakupów w centrach handlowych w weekend, gdy zbliżają się (wg hadlarzy, bo wg mnie jeszcze ciągle trochę czasu zostało :s) święta? Nie?Q? Pech. Otóż powiem o tym głośno wszem i wobec przy owej stosownej okazji, gdy nie ma pięknego niedzielnego poranka, tylko chumry, deszcz i masa zaległości.
Wczoraj podjęliśmy się heroicznego wyczynu, czyli kup pan lodówkę! Problem pierwszy, dość systemowy, to ograniczona przestrzeń jaką możemy przeznaczyć na ten nowy nabytek. Okazuje się, że jest to dość istotny czynniki, który z jednej strony przyprawia nas o nerwice, z drugiej hojnie pomaga (sic!)/ułatwia dokonania wyboru. Otóż lodówek o szerokości 55 cm jest tak niewiele, że aż się chce płakać, a jak jeszcze ktoś ma tak wygórowane wymagania jak duży zamrażalnik i więcej niz dwie półki na drzwiach, to już w ogóle pani podziękujemy, ekscentryków nie obsługujemy :s
Lodówki w dalszym ciągu nie mamy. Za to spędzliśmy sobotę w iście kafkowskim stylu, próbując znaleść sklepy :o – tak dobrze czytacie, sklepy! – w wielkim centrum handlowym. Myślę, że ten kto je zaprojektował musiał mieć bardzo ciężki dzień, albo w ogóle zapomniał, że jest coś takiego jak logika. Choć z drugiej strony, czemu mnie to nie dziwi?Q? Ostatecznie należy też wziąć pod uwagę fakt, że byłam na zakupach z dwoma facetami, którym ciężko powiedzieć – się nie znacie, trza iść tam… :p – także zwiedziliśmy wszystkie parkingi. Sklep ze sprzętem AGD był wielkim zawodem, więc wróciliśmy do domu z pustymi rękoma.
Nie ma lodówki. Jest tylko szaranagajama! I nie ma też gotowania :s Jest tylko kafetiera… chociaż tyle.
W tle śpiewa Morgan… jedyny pożytek z wczorajszej wizyty w sklepie :p

środa, 18 listopada 2009

Ciemność widzę...

Jest wieczór. Zmierzch przychodzi zdecydowanie za wcześnie. Sen też.
Ostatnio tego drugiego mało, dlatego dopada mnie w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Prześladuje. Czai się w zaułkach i czyha na niestosowną okazję. Może dlatego wczoraj nie wyszedł mi chleb :s, a dziś zupełnie opuściła mnie chęć na gotowanie. Do kolekcji nieszczęść i murphysmów można dołożyć zepsutą lodówkę, piekarnik, który stał się jeszcze większym indywidualistą, by nie powiedzieć, że przeszedł do podziemia i działa w alternatywie. I jeszcze żarówka w okapie się przepaliła. Jest ciemno. Wszędzie, z każdej strony, w każdym zakamarku i aż dziw bierze, że jeszcze kawę udaje mi się jako tako zwarzyć :p Ale pewnie i ta sie za raz skończy, a ja się nawet nie zorientuję.
Jutro można wstać trochę później. 6.30. Może nie będzie aż tak ciemno, możne brak żarówki nie będzie aż tak dostrzeglany. A może jeszcze wciąż będę na tyle zaspana, że nie będzie to miało najmniejszego znaczenia.
W piątek śpię do 8. Piątek jest za dwa dni. Damy radę!!!

poniedziałek, 19 października 2009

Niedzielne pobojowisko

O dziwo nie było ciężko wstać po tym, jak o drugiej w nocy wróciliśmy z imprezy urodzinowej. Ku mojemu zdumieniu rozpierała mnie energia i chęć do działania. Nastawiłam więc sobie codzienną herbatkę zieloną, usiadłam przy stole i … wsłuchiwałam się w przyjemnie kojącą ciszę niedzielnego poranka. Wzięłam książkę do ręki – tak a propos to o tej książce jeszcze będzie ;). Nazywa się ‘Black gold. A dark history of coffee’ Anthony’ego Wilda i zdecydowanie postanowiłam się podzielić moim refleksjami na jej temat, tylko ostatnio nie mam za bardzo czasu na czytanie, więc należy uzbroić się w cierpliwość :D – ale czytanie mi nie szło. Miałam potrzebę działania, zrobienia czegoś, by nie użyć wielkiego słowa pt. stowrzenie.

Powstało tiramisù* w wersji Montignakowej.



Na samym wstępie zaznaczę, że wielkim fanem tego deseru nie jestem. Kawę, a owszem lubię, to raczej wiedza powszechna. Jednak pozostałe składniki w swojej kombinacji nie wywołują stanu euforii jak u niektórych innych osobników. Niemniej jednak można od czasu do czasu dogodzić większości i zrobić coś bardziej pod ich gusta niż mój. A że lubię wyzwania, to już chyba też tajemnicą nie jest, więc postanowiłam przygotować owy deser … Włochom :D Dodajmy do tego perwersję ciągłego eksperymentowania i mamy pełny obraz mojej naiwnej działalności.
W ruch poszedł mój dobry przyjaciel mikser. Już na początku się okazało, że zapomniałam się zaopatrzyć w jajka, więc oczywiście ich ilośc nie do końca się zgadzała z wytycznymi. Zdarza się, mówię sobie i dalej miksuję, zasłuchana w kakafonię odgłosów miksera. Na palniku ‘prokurowała się’ kawa, na blacie obok drżały przerażone swoją perspektywą biszkopty i tylko ricotta wymownie milczała, ale może wynikało to z faktu, że była szczelnie zamknięta przez wieczko, hmm, dekiel, no zakrętkę, er pudełko** …;P Praca się posuwała. Miska wypełniła się, i całą kuchnię, zapachem świeżej kawy, masa jajkowo-fruktozowa połączyła się w jedność i z niecierpliwością oczekiwała sera. Biszkopty pogodziły się już ze swoimi przeznaczeniem, a może tylko dobrze udawały, bo ostatecznie wiedziały, że dla nielicznych ta walka nie będzie ostatnią. Byłam w niebie. Od czasu do czasu zaglądałam do przepisu, który był tak krótki, że aż wydawał się być za łatwy do zapamiętania, więc moja wrodzona niepewność nakazywała mi się wspierać na wiedzy starszych, bardziej doświadczonych. I nadszedł moment rzezi biszkoptowej. Tylko nie mówcie nikomu, w przypadku jakiegokolwiek śledztwa wyprę się wszystiekgo, zaprzeczę każdemu faktowi, który będzie na moją niekorzyść, ale sypać innymi nazwiskami też nie będę. Także poszły niewiniątka na pewną śmierć, straszną, przerażającą, przez utopienie. Świadomość sprawy, za którą zginieli powinna jednak dodawać otuchy. Albowiem był to eksperyment dla dobra ludzkości, akt twórczy mający dać radość i zadowolenie, poczucie spełnienia i satysfakcji. Wypełniły się więc miseczki utopionymi biszkoptami, żeby nie było im za dobrze, zalano je jeszcze masą serowo-jajeczną i na koniec dla osłody – (sic!) – gorzka czekolada. Spojrzałam na efekt swoich niecnych poczynań. ‘Miejmy nadzieję, że się nie potrują’ przeszło mi przez głowę i nie chodziło tu o biedne biszkotpy.










Chciałam się zatrzymać na chwilę. Dotknąć jej, pomilczeć razem lub wdać się w rozmowę o sensie egzystencjalnym, o mistycyzmie Majmonidesa według Spinozy i absolucie Hegla lub o konieczności zakładania kasków ochronny podczas przechodzenie pod rusztowaniami. Jednak nie było czasu, bo pole bitwy, jakie powstało po moich działaniach, wymagało natychmiastowych działań resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Sprzątanie ma w sobie coś z nemesis. Akt twórczy przywracający porządek i harmonię rzeczywistości nas otaczającej. Ogromna siła kształtowania tej rzeczywistości, formowania jej. Apoteoza ładu.

Oglądacie czasem kryminały amerykańskie? Przyznaję się bez bicia, że jest to mój kolejny nałóg, czy jakby to nazwać. Uwielbiam kryminały zarówno w wersji ekranowej jak i papierowej. Ale dlaczego o tym wspominam, otóż jest taki moment gdy dzielni, szalenie inteligentni detektywi zdają sobie sprawę, że mają doczynienia z mordercą seryjnym. Co zazwyczaj o tym świadczy? Modus operandi. Zgadza się, taki otóż model często też oznacza, że sprawca zabiera trofea, cokolwiek by to nie miało być. Czasem są to jakieś przynależności ofiary, nierzadko części samych ofiar :o lub ich zdjęcia. Teraz chyba już wiecie do czego zmierzam? Zdjęcia moich wynalazków to takie trofea. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam się zastanawiać czy może coś jest ze mną nie tak. Potem uświadomiłam sobie, że samo robienie zdjęć to nic. Publikowanie ich w necie to już szczyt śmiałości :p Ale że nie jestem w tym szaleństwie osamotniona, co więcej obszerność niektórych blogów skazywałaby ich autorów na lata świetlna za kratami, więc uspokojona kontynuowałam dokumentowanie efektów swojej aktyności :D

Tiramisù smakowało. Ofiarność biszkoptów nie poszła na marne.

Basta:D

*Przepis na tiramisu:
(przepis pochodzi z książki 'Menu per dimagrire' M. Montignaka)


Składniki na porcje dla dwóch osób:
60 g biszkoptów typu Pavesini (nie wiem czy takowe się dostanie w Polsce, generalnie są to lżejsze, mniej kaloryczne biszkopty, nie takie typowe)
250 g ricotty light - ja nie dostałam akurat, więc użyłam zwykłej
40 g fruktozy
2 żółtka
180 ml kawy - w oryginale jest napisane ristretto, także musi być dość mocna
10 g kakao gorzkiego

Preparacja:
Żółtka wraz z fruktozą ubić mikserem, czy czymkolwiek macie pod ręką, na homogeniczną - uwielbiam to słowo, pojawia się często we włoskich przepisach ;) - masę.
Następnie dodać ricottę, zmiksować i przepuścić przez sito interrogacyjne. Choć samo sitko też wystarczy.
Przygotować kawe. Utopić w niej biszkopty - wystarczy chwila w przypadku biszkoptów typu Pavesini - i ułożyć jedną wartwę w miseczkach. Na biszkoptach ulożyć warstwę serowo-jajeczną, tak ze dwie łyżeczki, żeby zakryć biszkopty. Ułozyć kolejną warstwę topielców i przykryć resztą masy ricottowej.
Wierzch posypać kakao.
Wstawić do lodówki i ćwiczyć silną wolę przez co najmniej godzinę. Potem można sobie pofolgować.

** Myślę, że nie trzeba wyjaśniać do jakiego kultowego filmu to się odnosi ;p

sobota, 17 października 2009

Sobotni już nie do końca poranek_

Nie było mnie na blogu już lata świetlne. Aż wstyd się przyznać. Ostatno trochę jestem zajęta, a postanowiłam sobie, że Amsterdam opiszę co bardziej dokładnie i nie z biegu przede wszystkim. Dlatego leży i czeka na lepsze czasy, bo póki co są inne rzeczy, inne sprawy, które wymagają większej atencji niż wspomniany Amsterdam. Sama siebię za to ganię, bo być tak nie powinno, ale ostatecznie i tak wychodzi, że jest nie inaczej. Walczymy.

A potem patrzę na blogi, które obserwuję i znowu coś mnie zaczyna ściskać pod żebrami. Z gotowaniem też ostatnio za wiele nie mam wspólnego. Raczej tyle, by zaspokoić głód bez większych fajerwerków i innych ozdobników. A chodzi za mną chleb na przykład. Taki prawdziwy na zakwasie, ale jak każda nowa rzecz, trochę mnie przeraża pojęcie zakwasu, a może odpowiedzialność za kolejnego osobnika do wykarmienia ;) Także odkładam tę decyzję. Tłumaczę to faktem, że w Amsterdamie objadałam się chlebem, który zdecydowanie bardziej odpowiadan naszemu polskiemu, niż temu co się serwuje tutaj – choć Italia nie jest aż taka zła pod tym względem, tyle, że z chlebem razowym jest raczej krucho -  dlatego też postanowiłam być na odwyku chlebowym przez czas jakiś. Choć ile można się tak umęczać?Q? A wczoraj był dzień chleba… <kontempluje>

Dziś też agenda wypełniona niemal po brzegi i czasu na jakieś spektakularne akcje brak. Dzień jest zdecydowanie za krótki, kawa zdecydowanie za słaba – ostatnio też ja próbuję ograniczać, bo Amsterdamie łala się strumieniami ;) – a krzesło po paru godzinach tak się wbija w tyłek, że nie pozostaje nic innego jak się ruszyć. A że za oknem słońce świeci, póki co, więc ciężko sobie odmówić choć krótkiego spaceru. Szczególnie jak się słucha, co się dzieje w Polsce, to aż nogi same się ‘obuwiają’ i ciągną na dwór do tych ostatnich podrygów lata, czy też może już wczesnej jesieni – tutaj :p

Pozdrawiam_

Technorati Tags: ,,,