wtorek, 8 listopada 2011
niedziela, 16 października 2011
Miło w końcu pana poznać, panie Nansen
Tym razem nadarzyła się okazja zobaczenia domu Nansena od środka. Polhogda, bo tak się nazywa posiadłość Nansena, obecnie jest we 'władaniu' Instytutu Nansena. Z tego względu nie można go zwiedzać. Jako że rok 2011 ogłoszono rokiem Nansena (150 rocznica urodzin) i Amundsena (100 rocznica zdobycia bieguna południowego), postanowiono udostępnić Polhogdę przez dwie niedziele dla publiczności. Dowiedziałam się o tym zupełnie przez przypadek. Jako to mówią - głupi ma szczęście ;) I 'głupek' był szczęśliwy. BARDZO!!!
Standardowo zamiast zbytecznych słów, parę obrazów :D
Grób Nansen. Bardzo prosty. Tylko z imieniem i nazwiskiem. Bez dat. Bez zbędnych ceregieli. Zaprojektowany przez syna Nansena.
Jesień w pełni.
W każdym jest coś z dziecka. Alexa bawiła się przednio...
Orkiestra podczas odsłaniania nowego pomnika Nansena w parku Fornebu.
A oto i Nansen w własnej (sic!) osobie.
niedziela, 9 października 2011
Sobota cz.2
Nie obyło się bez małego co nieco. Przyjemna knajpka, ale obsługa typowo norweska ;) Muffinka była dobra, choć bardzo słodka, espresso standardowo przeciętne.
Zaskoczenie. Jabłka o tej porze roku na tej szerokości geograficznej? Aż chciało się zerwać choć jedno :p
Taaaa, to był zdecydowanie przyjemnny dzień :D
Sobota cz. 1
cdn.
czwartek, 6 października 2011
Wspomnienie lata
Znalazłam zdjęcia z zeszłych wakacji, z wakacji sprzed dwóch lat. Zdjęcia zrobione gdzieś przy okazji, uchwycone przelotne chwile, o których już dawno zapomniałam. Po pierwszej fali entuzjazmu, przyszło załamujące tsunami. Jak ja to wszystko ogarnę? Mając jeszcze w perspektywie wszystkie zdjęcia z tegorocznych wakacji... zima będzie musiała być baaaaaaardzo długa.
Kilka zdjęć z ostatniej wizyty w domu.
Powroty do domu mają coś z magii. Im dłużej jestem z dala od domu, tym bardziej lubię wracać na stare, kaszubskie śmieci. A im więcej świata widzę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Kaszuby są genialne.
A pliku nie znalazłam :p
wtorek, 4 października 2011
Goniąc za zachodzącym słońcem
Nie zdążyłam. Chciałam zrobić zachód słońca. Słońce zaszło. Nie poczekało. Więc snułam się po opustoszałym parku... smętnie i bez natchnienia. Jutro zapowiadają słońce. Zobaczymy. Ostatnio (sic!) nie za bardzo się sprawdzają prognozy pogody.
czwartek, 29 września 2011
Idzie zima...
Poniekąd mamy już jesień. Poniekąd zbliża się zima. Poniekąd, bo dziś słońce grzało, jak w upalne lato. A mnie, wbrew warunkom zewnętrznym, naszła chęć na dżem gruszkowy. Znalazłam kiedyś przepis na jakimś blogu, nawet zrobiłam go zim z kilka temu, ale teraz nie mogłam go znowu znaleźć. Pamiętam tylko, że nie wyszedł jak trzeba, że za płynny, za słodki. Mimo wszystko chciałabym go ponownie zrobić. Hmm, szkoda, że pamiętać zawodną jest.
środa, 28 września 2011
O motylu i rewolucji
O ile Banff Festival to pożywka dla spragnionych wrażeń dusz awanturniczo-przygodowych, o tyle spotkanie z rumuńskim pisarzem Mircea Cărtărescu, to już zupełnie inna liga.
Przyznam się na samym początku - w życiu nie słyszałam tego nazwiska wcześniej. Co więcej, chyba nawet nigdy nie czytałam nic z literatury rumuńskiej. Fakt, że w ogóle się dowiedziałam o tym spotkaniu wynikał z bardzo prozaicznej przyczyny - nasz rumuński znajomy zapytał, czy by nas interesowało. Podniosłam nieśmiało rękę w górę. Na stronie Litteraturhuset stało napisane, że można go porównać do Prousta, Joyce'a, Kafki i Borgesa. Bez zastanowienia wysłałam smsa do znajomego z prośbą o zakupienie biletu także dla mej skromnej, by nie powiedzieć "ignoranckiej", osoby.
Choć byłam na kilku spotkaniach autorskich, przeróżnych autorów, to jednak to przyznaję bez bicia zrobiło na mnie wrażenie. Siedziałam zasłuchana w słowa Cartarescu, które z mocnym akcentem rumuńskim, dźwięcznie malowały przeróżne obrazy w moim umyśle. Pan prowadzący spotkanie (na zdjęciu w jasnej koszuli) wydawał się być mocno poddenerwowany. Sam Cartarescu na początku sprawiał wrażenie maszyny, która musi się rozkręcić, jednak gdy już to zrobi, to kreuje świat tak fantastyczny, że wkładam duży wysiłek, by nie wybiec z sali i nie porwać jego książki i dać się pochłonąć (alternatywą było udanie się na nadbrzeże i opisanie własnego świat, jako że wydawało mi się to marną opcją, a książki w Litteraturhuset były tylko po norweski, więc ostatecznie zostałam na swoim miejscu). Pytania pana prowadzącego miały potencjał, ale wyartykułowane zakrawały na rzemieślniczo-akceptowany esej na temat literatury klasy B. Jednak odpowiedzi Cartarescu, bardzo świadome i paradoksalnie nigdy nie schodzące z tematu, "uświetniały" je, wprowadzały momentami nastrój niemal oniryczny (od razu przyszedł mi do głowy Schulz, muszę znowu po niego sięgnąć!). Spotkanie to zostało zorganizowane w związku z publikacją ostatniej części trylogii Orbitor w języku norweskim (jak się okazuje na próżno szukać wydania polskiego, nie tylko nie przetłumaczono całości, nie przetłumaczono nawet jednej części, ba z całej twórczości pana Cartarescu przetłumaczono dwie "książeczki":s) i ta też trylogia, logiczne, była głównym tematem. Jako że jest to powieść wielopłaszczyznowa z masą wątków, historii mniejszy lub większych (sam autor naliczył 40 historii, które barwnie przez dwa tomy rozpisywał, by później potrzebować spokoju zagwarantowanego stypendium w instytucie niemiecki w Stuttgarcie, by ukończyć tom trzeci), pytania i odpowiedzi przechodziły z jednego frontu na drugi, po czym na jeszcze inny, a to wszystko ubrane w dobrze opanowany, aczkolwiek wspomagany francuskim, włoskim i rumuńskim, angielski. Wyobraźcie sobie zatem ten językowy misz-masz opisujący świat, który jest boleśnie rzeczywisty, a jednak ma coś ze snów, z fantazji zrodzonych w wyniku doświadczeń życiowych budowanych na kanwie wydarzeń historycznych. Gdy Cartarescu mówi, że swoją bogatą wyobraźnię zawdzięcza swojej matce, która każdego ranka budziła się i mówiła "miałam sen" (mnie nasuwa się automatycznie pewne nazwisko, ale to już szczegół), gdy opowiada o swojej pierwszej wizycie za granicą, gdy pojechał do .... bagatela Nowego Jorku i robił zdjęcia w supermarkecie, jak ojciec komunista zabronił matce uczyć go o jakiejkolwiek religii i wiele innych historii, Cartarescu używa języka, który można by czytać, a nie słuchać. Słuchanie brzmi nienaturalnie, bo mało kto tak mówi. Ale mimo wszystko słuchanie było przyjemnością. Zgrzyt pojawiał się, gdy porównywał swoje książki, utwory, sposób swojej pracy do wielkich twórców kultury europejskiej (np. Mann, czy Bosch). Choć powtarzał za każdym razem, że to w celu wizualizacji, a nie podnoszenia się do rangi największych twórców, to jednak o skromności tego człowieka można by powiedzieć, że gdzieś zanikła. A może to po prostu ogromna wiara w moc swoich utworów i to, że to, co napisał ma niezaprzeczalną wartość. Koniec końców słuchałam jego słów i w głębi duszy zazdrościłam mu pewności siebie. Choć bardziej zazdrościłam mu tych obrazów, snów, zwrotów, które powstawały w jego głowie szybciej niż strzela karabin maszynowy. A najbardziej zazdrościłam mu tego motyla, uskrzydlonej duszy człowieka.
Wróciłam do domu i od razu zasięgnęłam porady u wszechwiedzącego wujaszka Google'a. Okazuje się, że nie tylko po polsku nie można obcować z twórczością tego pana, ale nawet po angielsku nie jest to proste zadanie. Pozostaje zatem liczyć, że Cartarescu dostanie w najbliższym czasie Nobla i pojawi się przekład całej trylogii i może nawet więcej. Póki co nie będę nawet udawać, że się przymierzę do wersji norweskiej, choć szwedzka byłaby już bardziej kusząca. Cóż pozostaje czekać i liczyć na cud, a wtedy może się jeszcze okazać, że jest to nie do czytania... ale cóż... brzmi dumnie ;)
piątek, 23 września 2011
Koniec świata???
Marzę o poranku, kiedy nie będzie Internetu znowu. Tym razem nie zrobię nic, nie obudzę nikogo, a tym bardziej nie będę nigdzie dzwonić. Usiądę sobie na kanapie z książką i dobrą kawą i będę delektować się chwilą.
poniedziałek, 5 września 2011
Powroty
Pełna wrażeń, kart zapisanych zdjęciami i jeszcze większą ilością obrazów i chwil zapisanych w pamięci. Wiem, że tam byłam, bo w paszporcie dumnie puszą się wizy z pieczątkami wjazdu i wyjazdu. Ale ciągle nie wierzę. Nie dociera do mnie, gdzie byłam, co widziałam. Choć nogi moje stąpały po bezkresnych stepach mongolskich, wspinały się po Wielkim Murze Chińskim, czy moczyły się w Bajkale, to jednak, gdy patrzę na mapę nie wierzę, że tam byłam. W głowie układam słowa, by opowiedzieć o tym, co przeżyłam, ale gdy pada najprostsze pytanie... milczę. Nie wiem, co powiedzieć. Nie umiem tego opisać. Muszę to przetrawić.
Jeszcze wciąż nie obejrzałam zdjęć. Są jak puszka Pandory... gdy się za nie wezmę, zniknę na całą zimę :p ale może uda mi się znaleźć słowa, by ubrać tę wyprawę we właściwe emocje, kolory, dźwięki. Teraz jeszcze nie potrafię, jest jeszcze za wcześnie. Zatem należy uzbroić się w cierpliwość...
A może już wkrótce...
piątek, 5 sierpnia 2011
Na krańce świata...
I nadszedł długo wyczekiwany dzień. Blat stołu tonie pod morzem żółtych post-it'ów z zapiskami 'pro memoria', na kanapie gromadzę rzeczy, których warto (sic!) byłoby nie zapomnieć zabrać. Synchronizuję ipoda, pakuję kilka audiobooków, trochę muzyki klasycznej, sprzyjającej refleksji - będzie na nią duuuuuużo czasu.
Jedziemy. JEDZIEMY!!! Po długich bojach, walkach z biurokracją i załatwianiem formalności - jedziemy!!!
A gdzie? W ramach odpowiedzi umieszczam zdjęcie. A reszta... reszta po powrocie, przy założeniu, że będę w stanie. Zawsze sobie obiecuję, że napiszę, a potem... aż głupio.
A wczoraj wygraliśmy jeszcze kupony rabatowe do super księgarni podróżniczej... aż trudno było się oprzeć ;p
Pozdrawiam i do napisania po powrocie :D
niedziela, 31 lipca 2011
Słoneczna niedziela
Patrzę na ludzi, których robią sobie zdjęcia przy zniczach i nie wierzę własnym oczom. Czuję dyskomfort. Stoję przez chwilę niczym zamurowana, po czym szybko odchodzę. Może jestem dziwna, a może...
poniedziałek, 25 lipca 2011
sobota, 23 lipca 2011
Dzień po...
piątek, 22 lipca 2011
Dzień, w którym runął mit...
niedziela, 17 lipca 2011
Niedzielna zbrodnia w jednym akcie
Nie wspominałam o tym, że kilka dni przed przeprowadzką nasza dziarska mikro gromadka powiększyła się o jednego osobnika. Choć ogrodnik ze mnie żaden, w przypływie nieuzasadnionego entuzjazmu przygarnęłam kikuta pomidora w pudełku po jogurcie. Biedak się trochę nacierpiał, więc zaraz po przeprowadzce dostał ładną, nową doniczkę i świeżą ziemię (barwne opowieści, jak kupowałam tę ziemię i patyk do przytrzymania roślinki pozostawię bez komentarza, by zachować jeszcze resztki godności chociażby w wirtualnym świecie). I miał się licho. Tzn. wg mnie licho, bo jakoś taki obwisły był, mało energiczny. Wtedy udałam się na poszukiwania informacji do wszechwiedzącego Google'a i dowiedziałam się, że pomidory potrzebują dużą doniczkę (jeśli w takowej są hodowane) i lubią być często podlewane. Pędem rzuciłam się do sklepu po większą doniczkę i od razu zabrałam się do pracy. I rósł sobie, choć mnie się wydawało, że nie tak znowu specjalnie dobrze wygląda. I znowu udałam się po radę do wszechwiedzącego wujka Google'a i okazało się, że hodowanie pomidora to wcale nie taka prosta rzecz, że to ciężka praca u podstaw (liście na dole trzeba obrywać ;p) i że rezultat, szczególnie w przypadku takiej ciemnoty jak ja, nie koniecznie musi zaowocować. Zatem wzięłam się za pielęgnację tego przybytku, najpierw przestudiowawszy zdjęcia pokazujące co i jak się usuwa. W ruch poszły także nożyce... i ucięłam mojemu pomidorowi 'skrzydła'... a miała takie wielkie aspiracje. Chciał być duży niczym sekwoja. I teraz czekam. Przyglądam mu się bacznie. Jakoś taki marny mi się wydaje 'chłopak'. Ale to może tylko szok pourazowy, może jak się już z niego otrząśnie, to i jakimś zalążkiem pomidora sypnie... marzenia ściętej głowy (sic!).
W ramach akcji pocieszania - nie wiem bardziej kogo - upiekłam muffiny czekoladowe. Czy pomidory lubią muffiny czekoladowe?
Pomidor był na dworze, ale jakoś tak chwiał się pod nadmiarem wody i wiatru, więc wzięłam biedaka do środka :s (to zdjęcie nie jest bynajmniej nieobrócone, on taki właśnie zwisły jest :s)
Życzę miłego niedzielnego wieczoru.
D!
PS Jako niedoświadczony ogrodnik zapewne przedstawiłam tutaj zbiór największych herezji, jakie można popełnić w stosunku do rośliny. Jeśli ktoś jest w posiadaniu wiedzy, jak należy się z takim okazem obchodzi, wszelkie uwagi, komentarze i krytyki dzielnie przyjmę :o
niedziela, 10 lipca 2011
Śniadanie mistrzów


niedziela, 3 lipca 2011
urodzony 4 lipca...


Od kilku dni P. mówił o niedzielnym festynie organizowanym przez lokalną społeczność pewnego kraju zza oceanu, do którego to P. czuje wielką sympatię. Jako że ja sympatii takowej nie wykazuję, co więcej staram się unikać komentowania polityki, jaką prowadzi ten kraj, by nie wywoływać burzliwych debat, czy wręcz skandali, pomysł spędzenia niedzieli świętując najważniejszy dzień dla wspomnianego kraju nie wydawał mi się bardzo kuszący (TEN dzień jest co prawda jutro, ale impreza była dziś, a my jutro świętujemy urodziny, tego który urodził się 4 lipca ;p). Ostatecznie jednak poszliśmy. Nie mogę powiedzieć, że było fajnie. Oglądanie rzeszy ludzi obrzerających się żeberkami z grilla, hamburgerami, czy kolbami kukurdzy w takt piosenek śpiewanych do kotleta, nie należy do mojej ulubionej formy rozrywki. Krążyłam więc smętnie między stoiskami z jedzeniem, by w pewnym momencie dostrzec ‘wystawę’ klasyków automobilizmu zza oceanu. O samochodach wiem tyle, ile potrzeba, by je prowadzić. Czasem rozpoznaję markę, ale jak ktoś się pyta o więcej, to mówię, że mój ulubiony samochodu jest koloru butelkowej zieleni i najlepiej jeśli podpada pod kategorię jeep. Tyle. Jednak przyjrzałam się co dokładniej owym krążownikom szos, bo w sumie to ciekawe zjawisko i chyba po raz pierwszy w życiu widziałam tyle na raz i to jeszcze z bliska.

Ale ileż można oglądać auta. Wróciłam do przechadzania się po stoiskach aż tu nagle niespodziewajka. Przecieram oczy ze zdziwienia, bo oto przede mną stoisko z książkami. Rzucam się w jego kierunku i wnet dostrzegam plakat z napisem ‘paperback -10 kr., hardcover – 20 kr.’ Nie widziałam swojej twarzy, ale na pewno pojawił się na niej promienny uśmiech sygnalizujący niecne plany wejścia w posiadanie jakiegoś tomiszcza. Zaczęłam przeglądać zawartość pudeł, ot tak bez większego porządku, aż nagle pewne kobieta płaci za książkę. Rzucam oko ona tytuł i aż żołądek kurczy mi się w przypływie zazdrości – Margaret Atwood. Tytułu nie zdążyłam dojrzeć, ale nazwisko wystarczyło, żeby moje chaotyczne przerzucanie książek zmieniło się w systematyczne i poukładane oglądanie każdego egzemplarza w celu odnalezienia jakiejś perełki. I znalazłam, nawet nie jedną a dwie. Od dawna chodził za mną Chatwin – The Songlines oraz Capote – In cold blood. I proszę, jak na życzenia. Dodałam do tego jeszcze Gordimer July’s people, której co prawda nigdy nie czytałam, ale nazwisko przewijało się od czasu do czasu, więc postanowiłam się w końcu zapoznać bliżej. Ukontentowana moim zdobyczami, udałam się na poszukiwanie P. Jednak nie dawała mi spokoju Atwood. Może coś mi umknęło, może gdzieś tam leży jeszcze jakiś inny egzemplarz. Wróciłam do stoiska Biblioteki Kobiecego Klubu owego kraju i uśmiechnąwszy się do pani ‘za ladą’ rozpoczęłam kolejne przeszukiwanie. Nie wiem, jak to się stało, ale poprzednim razem umknął mi egzemplarz The good apprentice Iris Murdoch, teraz szybko znalazł drogę do mojej kolekcji zdobyczy. Żeby jednak szczęścia i nie było za mało pani ‘zza lady’ stwierdziła, że kupiłam tyle książek, że da mi większą siatkę i mogę brać, co chcę. Wpatruję się z niedowierzaniem… ‘naprawdę’ – mamroczę pod nosem. Ona potwierdza z rozbrajającym uśmiechem ‘Nie chcemy tego wozić z powrotem’. Nie musi powtarzać tego dwa razy. Rzucam się niczym narkoman po odwyku na widok ‘działki’ pakować do siatki to, co wydaje mi się warte przeczytania. O tak, jestem wybredna, bo choć darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, to jednak nie biorę wszystkich książek jak leci. Wybrzydzam, bo mogę. Wspaniałe to uczucie. W ostatecznym rozrachunku wynoszę 11 książek. Niestety dwóch książek, które odłożyłam wcześniej, bo stwierdziłam, że nie mogę sobie tak pobłażać, mając w perspketywie zakupy do mieszkania, już nie było. Trudno.

Dziś rano rozmawialiśmy z P. o zakupie biblioteczki. Stwierdziłam, że na tym etapie nie jest to mebel absolutnie niezbędny, że są ważniejsze rzeczy. Teraz jednak chyba trzeba będzie rozważyć i biblioteczkę. Kieliszki albo kwiatki będą musiały poczekać na swoją turę.
Tymczasem siedzę sobie na balkonie naszego nowego mieszkania (w którym echo może ‘przemieszczać’ się bez przeszkód – czytaj jest zupełnie puste) i napawam się widokiem mojego stosiku książek. Dobrze że zima jest długa w tym kraju. Będzie czas na czytanie.
Ps A i Margaret Atwood się znalazła. Pełnia szczęścia. Ostatecznie pomysł z festynem nie był taki zły ;)
niedziela, 26 czerwca 2011
Sobótki w obrazach
wtorek, 21 czerwca 2011
Miejsce na Ziemi

Tymczasowość nie sprzyja mojemu zdrowiu psychicznemu, nie bardziej niż stabilizacja. Ta schizofrenia sprawia, że szukanie swojego miejsca na Ziemi, jakkolwiek pompatycznie to brzmi, staje się zbiorem paradoksów, z których jednak trudno się śmiać. Tak, szukamy mieszkania. Szukamy już od jakiegoś czasu. Niespodziewaliśmy się jednak, że zadanie to może okazać się tak problematyczne. Wiedzieliśmy, że ten dzień nadejdzie, ale chyba trochę przesadziliśmy z hurraoptymizmem. Przeglądając wcześniej ogłoszenia, uznaliśmy, że jest w czym wybierać, że wystarczy napisać/zadzwonić, umówić się na oglądanie i tyle. Kubeł zimnej wody może być bardzo bolesny, szczególnie gdy perspektywa wylądowania na bruku zbliża się nieubłaganie. Niby jest lato i noce nie są już takie zimne, ale kto chciałby testować możliwości swojego organizmu nad norweskim fiordem?
Pierwsza rzecz z rana – komputer, internet, finn.no i najnowsze ogłoszenia dla Oslo. W czasie, gdy ładuje się mapa z mieszkaniami, robię kawę. Otwieram kolejne okna w przeglądarce i wiem, że dziś będzie kiepski poranek. Od wczorajszej nocy pojawiło się jedno ogłoszenie. Przeglądam zatem kolejno mieszkania w okolicy, może wcześniej coś mi umknęło, może coś się zmieniło. Łudzę się. Wysyłam linki do P. Cisza. Po chwili mail zwrotny, że odpisał ktośtam, że już wynajęto mieszkanie. To i tak sukces, bo wielu nie fatyguje się, żeby napisać to jedno zdanie. Czekam. Patrzę na zegarek i myślę o kolejnej kawie. Za wcześnie, za szybko. W takim tempie do południa będę już po trzech kawach, a to dobrze nie wróży. Zabieram się do pracy, choć z koncentracją ciężko. Wracam na finn.no i ogladam zdjęcia mieszkań. Ludzie mają różne gusta. Myślę, że można by zrobić ciekawe badania socjologiczno-lingistyczne na podstawie ogłoszeń z mieszkaniami do wynajęcia (sprzedaży, jeden werk). ‘Piękne mieszkanie dwupokojowe w centrum miasta, blisko do sklepów, restauracji. Piękna okolica’. To takie raczej typowe ogłoszenie, co ciekawsze mają określenia gustowne, szykowne tudzież słowo wytrych – flott. Na zdjęciach zaś widać nieposprzątany blat kuchenny, ubrania porozrzucane po łóżku, wiszące na ścianie – to było dość oryginalne :p – czy też kubły z farbami na środku salonu. Czasem zdjęcia są ciemne, nieostre, często zrobione przez profesjonalistów z ładną aranżacją, po czym jest napisane, że mieszkanie zostanie wynajęte bez umeblowania. Dziś rano zaś znalazłam zdjęcia eleganckiego mieszkania, gdzie było około 10 zdjęć elementów dekoracji – lamkpa nocna ładnie podświetlająca bukiet kwiatów, duże zbliżenie boazerii, firanek, dekoracyjnej figurki. Z samego mieszkania, układu właściwie nic. Ale jest to mieszkanie eleganckie w centrum miasta. Zatem przyglądam się zdjęciom i próbuję odgadnąć, kto może w nim mieszkać, kim jest właściciel, jaką ma historię do opowiedzenia.
Został nam tydzień. Wydawać by się mogło, że to wystarczająco by wynająć mieszkanie, w końcu potrzeba wybrać ogłoszenie, umówić się na wizytę, zdecydować i się przeprowadzić. W teorii. W praktyce robi się castingi, czeka ze dwa tygodnie, bo wszyscy mają prawo zobaczyć mieszkanie (czyżby???). Trzeba czekać. Męczy mnie czekanie, bo czas leci, a interesujących ofert nie przybywa. Zatem liczę na panią z jednego kompleksu mieszkaniowego, która przestała się do nas odzywać, po tym jak wysłaliśmy jej potrzebne dokumenty. Mam nadzieję, że jej milczenie jest dobrym znakiem.