Patrzę na ludzi, których robią sobie zdjęcia przy zniczach i nie wierzę własnym oczom. Czuję dyskomfort. Stoję przez chwilę niczym zamurowana, po czym szybko odchodzę. Może jestem dziwna, a może...
niedziela, 31 lipca 2011
Słoneczna niedziela
Patrzę na ludzi, których robią sobie zdjęcia przy zniczach i nie wierzę własnym oczom. Czuję dyskomfort. Stoję przez chwilę niczym zamurowana, po czym szybko odchodzę. Może jestem dziwna, a może...
poniedziałek, 25 lipca 2011
sobota, 23 lipca 2011
Dzień po...
piątek, 22 lipca 2011
Dzień, w którym runął mit...
niedziela, 17 lipca 2011
Niedzielna zbrodnia w jednym akcie
Nie wspominałam o tym, że kilka dni przed przeprowadzką nasza dziarska mikro gromadka powiększyła się o jednego osobnika. Choć ogrodnik ze mnie żaden, w przypływie nieuzasadnionego entuzjazmu przygarnęłam kikuta pomidora w pudełku po jogurcie. Biedak się trochę nacierpiał, więc zaraz po przeprowadzce dostał ładną, nową doniczkę i świeżą ziemię (barwne opowieści, jak kupowałam tę ziemię i patyk do przytrzymania roślinki pozostawię bez komentarza, by zachować jeszcze resztki godności chociażby w wirtualnym świecie). I miał się licho. Tzn. wg mnie licho, bo jakoś taki obwisły był, mało energiczny. Wtedy udałam się na poszukiwania informacji do wszechwiedzącego Google'a i dowiedziałam się, że pomidory potrzebują dużą doniczkę (jeśli w takowej są hodowane) i lubią być często podlewane. Pędem rzuciłam się do sklepu po większą doniczkę i od razu zabrałam się do pracy. I rósł sobie, choć mnie się wydawało, że nie tak znowu specjalnie dobrze wygląda. I znowu udałam się po radę do wszechwiedzącego wujka Google'a i okazało się, że hodowanie pomidora to wcale nie taka prosta rzecz, że to ciężka praca u podstaw (liście na dole trzeba obrywać ;p) i że rezultat, szczególnie w przypadku takiej ciemnoty jak ja, nie koniecznie musi zaowocować. Zatem wzięłam się za pielęgnację tego przybytku, najpierw przestudiowawszy zdjęcia pokazujące co i jak się usuwa. W ruch poszły także nożyce... i ucięłam mojemu pomidorowi 'skrzydła'... a miała takie wielkie aspiracje. Chciał być duży niczym sekwoja. I teraz czekam. Przyglądam mu się bacznie. Jakoś taki marny mi się wydaje 'chłopak'. Ale to może tylko szok pourazowy, może jak się już z niego otrząśnie, to i jakimś zalążkiem pomidora sypnie... marzenia ściętej głowy (sic!).
W ramach akcji pocieszania - nie wiem bardziej kogo - upiekłam muffiny czekoladowe. Czy pomidory lubią muffiny czekoladowe?
Pomidor był na dworze, ale jakoś tak chwiał się pod nadmiarem wody i wiatru, więc wzięłam biedaka do środka :s (to zdjęcie nie jest bynajmniej nieobrócone, on taki właśnie zwisły jest :s)
Życzę miłego niedzielnego wieczoru.
D!
PS Jako niedoświadczony ogrodnik zapewne przedstawiłam tutaj zbiór największych herezji, jakie można popełnić w stosunku do rośliny. Jeśli ktoś jest w posiadaniu wiedzy, jak należy się z takim okazem obchodzi, wszelkie uwagi, komentarze i krytyki dzielnie przyjmę :o
niedziela, 10 lipca 2011
Śniadanie mistrzów


niedziela, 3 lipca 2011
urodzony 4 lipca...


Od kilku dni P. mówił o niedzielnym festynie organizowanym przez lokalną społeczność pewnego kraju zza oceanu, do którego to P. czuje wielką sympatię. Jako że ja sympatii takowej nie wykazuję, co więcej staram się unikać komentowania polityki, jaką prowadzi ten kraj, by nie wywoływać burzliwych debat, czy wręcz skandali, pomysł spędzenia niedzieli świętując najważniejszy dzień dla wspomnianego kraju nie wydawał mi się bardzo kuszący (TEN dzień jest co prawda jutro, ale impreza była dziś, a my jutro świętujemy urodziny, tego który urodził się 4 lipca ;p). Ostatecznie jednak poszliśmy. Nie mogę powiedzieć, że było fajnie. Oglądanie rzeszy ludzi obrzerających się żeberkami z grilla, hamburgerami, czy kolbami kukurdzy w takt piosenek śpiewanych do kotleta, nie należy do mojej ulubionej formy rozrywki. Krążyłam więc smętnie między stoiskami z jedzeniem, by w pewnym momencie dostrzec ‘wystawę’ klasyków automobilizmu zza oceanu. O samochodach wiem tyle, ile potrzeba, by je prowadzić. Czasem rozpoznaję markę, ale jak ktoś się pyta o więcej, to mówię, że mój ulubiony samochodu jest koloru butelkowej zieleni i najlepiej jeśli podpada pod kategorię jeep. Tyle. Jednak przyjrzałam się co dokładniej owym krążownikom szos, bo w sumie to ciekawe zjawisko i chyba po raz pierwszy w życiu widziałam tyle na raz i to jeszcze z bliska.

Ale ileż można oglądać auta. Wróciłam do przechadzania się po stoiskach aż tu nagle niespodziewajka. Przecieram oczy ze zdziwienia, bo oto przede mną stoisko z książkami. Rzucam się w jego kierunku i wnet dostrzegam plakat z napisem ‘paperback -10 kr., hardcover – 20 kr.’ Nie widziałam swojej twarzy, ale na pewno pojawił się na niej promienny uśmiech sygnalizujący niecne plany wejścia w posiadanie jakiegoś tomiszcza. Zaczęłam przeglądać zawartość pudeł, ot tak bez większego porządku, aż nagle pewne kobieta płaci za książkę. Rzucam oko ona tytuł i aż żołądek kurczy mi się w przypływie zazdrości – Margaret Atwood. Tytułu nie zdążyłam dojrzeć, ale nazwisko wystarczyło, żeby moje chaotyczne przerzucanie książek zmieniło się w systematyczne i poukładane oglądanie każdego egzemplarza w celu odnalezienia jakiejś perełki. I znalazłam, nawet nie jedną a dwie. Od dawna chodził za mną Chatwin – The Songlines oraz Capote – In cold blood. I proszę, jak na życzenia. Dodałam do tego jeszcze Gordimer July’s people, której co prawda nigdy nie czytałam, ale nazwisko przewijało się od czasu do czasu, więc postanowiłam się w końcu zapoznać bliżej. Ukontentowana moim zdobyczami, udałam się na poszukiwanie P. Jednak nie dawała mi spokoju Atwood. Może coś mi umknęło, może gdzieś tam leży jeszcze jakiś inny egzemplarz. Wróciłam do stoiska Biblioteki Kobiecego Klubu owego kraju i uśmiechnąwszy się do pani ‘za ladą’ rozpoczęłam kolejne przeszukiwanie. Nie wiem, jak to się stało, ale poprzednim razem umknął mi egzemplarz The good apprentice Iris Murdoch, teraz szybko znalazł drogę do mojej kolekcji zdobyczy. Żeby jednak szczęścia i nie było za mało pani ‘zza lady’ stwierdziła, że kupiłam tyle książek, że da mi większą siatkę i mogę brać, co chcę. Wpatruję się z niedowierzaniem… ‘naprawdę’ – mamroczę pod nosem. Ona potwierdza z rozbrajającym uśmiechem ‘Nie chcemy tego wozić z powrotem’. Nie musi powtarzać tego dwa razy. Rzucam się niczym narkoman po odwyku na widok ‘działki’ pakować do siatki to, co wydaje mi się warte przeczytania. O tak, jestem wybredna, bo choć darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, to jednak nie biorę wszystkich książek jak leci. Wybrzydzam, bo mogę. Wspaniałe to uczucie. W ostatecznym rozrachunku wynoszę 11 książek. Niestety dwóch książek, które odłożyłam wcześniej, bo stwierdziłam, że nie mogę sobie tak pobłażać, mając w perspketywie zakupy do mieszkania, już nie było. Trudno.

Dziś rano rozmawialiśmy z P. o zakupie biblioteczki. Stwierdziłam, że na tym etapie nie jest to mebel absolutnie niezbędny, że są ważniejsze rzeczy. Teraz jednak chyba trzeba będzie rozważyć i biblioteczkę. Kieliszki albo kwiatki będą musiały poczekać na swoją turę.
Tymczasem siedzę sobie na balkonie naszego nowego mieszkania (w którym echo może ‘przemieszczać’ się bez przeszkód – czytaj jest zupełnie puste) i napawam się widokiem mojego stosiku książek. Dobrze że zima jest długa w tym kraju. Będzie czas na czytanie.
Ps A i Margaret Atwood się znalazła. Pełnia szczęścia. Ostatecznie pomysł z festynem nie był taki zły ;)